"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett

niedziela, 6 maja 2012

[93] Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Finding Noel
Znak, 2011
Liczba stron: 296
Literatura amerykańska
10/10

Richard Paul Evans to urodzony w Salt Lake City amerykański pisarz, autor m. in. bestsellerowych "Stokrotek w śniegu". W sumie napisał ponad 20 powieści, w języku polskim jest dostępnych tylko kilka, a szkoda. 

Czy wierzysz w to, że anioły naprawdę czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię? Mark przekonał się o tym wraz z pierwszym łykiem gorącej czekolady, która pewnego wieczoru nalała mu do filiżanki Macy. Spotkali się przypadkiem. On - życiowy rozbitek, samotny i zrezygnowany, ona - doświadczona przez los i skrzywdzona w dzieciństwie, jednak mimo wszystko skłonna do niesienia pomocy innym. Z lękiem, ale i radością obserwują rodzące się między nimi uczucie. 
Tylko czy trudna przeszłość nie okaże się silniejsza od ich młodej miłości? I kim jest tajemnicza Noel, która może całkowicie zmienić ich życie?

"Szukając Noel" znalazłam po choinką w ubiegłe święta. Sięgnęłam po nią dopiero teraz, w długi weekend, chcąc odpocząć od szkoły i lektur. Książkę pochłonęłam w dwa dni (dzisiaj rano skończyłam), a to chyba o czymś świadczy ;) Z panem Evansem spotkałam się już wcześniej przy okazji czytania "Stokrotek w śniegu" i było to spotkanie niesamowite, magiczne. To obecne także takie było. 
Zakochałam się w ksiązce od pierwszego zdania:
"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu." 
Historia, która urzeka już od pierwszego zdania, musi być niezwykła, prawda? 
Tytuł sam w sobie też jest intrygujący. Jaka Noel? Kim była, co zrobiła? Dlaczego głównej bohaterce tak zależy na odnalezieniu jej? Jest to bez wątpienia wiodący motyw w tej książce, ja jednak uważam, że on jest tylko tłem, dla innych poszukiwań. Poszukiwań samego siebie, swoich prawdziwych pragnień, marzeń. W pewien sposób także delikatnie zmusza bohaterów do podjęcia ważnych decyzji, które uporządkują bałagan w ich życiu i uzupełnią brakujące puzzle. Bez nich nie można zrobić porządku. 
Ciekawe były hasła rozpoczynające każdy z 36 rozdziałów (+Epilog). Pochodzą one z pamiętnika Marka, głównego bohatera. Jedne skłaniają do refleksji i pokazują nam pewne oczywste oczywistości. Inne są całkiem zabawne, jak to:
"Zadzwoniłem do Tennys, by powiedzieć jej, że wracam do Utah. Nawet jeśli był tym zawiedziona, nie dała po sobie niczego poznać. Słowo daję , ta kobieta jest niesamowita. Gdyby powiedzieć jej, że płoną jej włosy, najpewniej spytałaby grzecznie, czy kolor płomieni pasuje do bluzki."
Spodobali mi się główni bohaterowie. Młodzi ludzie, po przejściach, raczej z niewesołym dzieciństwem. Ale piękne jest to, że mimo tego żyją dalej, pomagają innym, zawierają przyjaźnie, darzą szczerą miłością. Kiepski początek nie musi oznaczać równie kiepskiej kontynuacji i takiegoż zakończenia.
Wszystko to było niesamowite, jedyne w swoim rodzaju itp., itd., ale prawdziwym tajfunem był ostatni akapit. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak wielu z Nas lubi Święta Bożego Narodzenia? Nie te komercyjne, odbywające się w witrynach niemal wszystkich sklepów, galerii handlowych czy pasaży, ale te, z zieloną choinka w kącie domu, zapachem makowca, Cichą Nocą w tle, najbliższym przy stole. Mark Smart, chłopak z kartek książki odkrywa wszystkie karty i ukazuje Nam nasze przywiążanie do świąt w taki sposób:
"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."
Mnie ta powieść naprawdę urzekła. Będzie dla mnie wyjątkowa zawsze i zapewne przeczytam ją jeszcze nie raz. Przeczytajcie, zachwyćcie się i zmotywujcie kolejną osobę do przeczytania jej ;).

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

[92] Małgorzata Musierowicz "Pulpecja"

Akapit Press, 2000
Liczba stron: 179
Literatura polska
10/10

Myślę, że Małgorzatę Musierowicz znają wszyscy, ale mimo wszystko przedstawię ją trochę. Urodziła się w 1945 roku w Poznaniu, a obecnie  mieszka niedaleko tego miasta. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych i z zawodu jest grafikiem. Pisywała felietony do Tygodnika Powszechnego, aż wreszcie (na nasze szczęście), zajęła się pisywaniem powieści dla dzieci i młodzieży. Napisała m. in. kultową "Jeżycjadę", której tomy nadal powstają. Właśnie jeden z nich jest bohaterem mojej recenzji.

"Pulpecja" po raz pierwszy została wydana w 1993 roku, a wydarzenia w książce mają miejsce na przełomie lat 1991-2. Bohaterką jest Patrycja Borejko, ze względu na otyłość wynikłą z obżarstwa zwana w rodzinie Pulpecją. Dziewczyna nie ma jednak z powodu figury najmniejszych kompleksów, cieszy się wręcz nadmiernym zainteresowaniem ze strony płci przeciwnej, co uważa za pochlebne i zabawne, ale nadzwyczaj kłopotliwe. Patrycja chodzi do maturalnej klasy wraz z Romą Kowalik – swoją najlepszą przyjaciółką, z którą dotąd zawsze znajdowała wspólny język. Jednak w przeciwieństwie do zadowolonej z siebie i swojego życia Patrycji Roma nie czuje się szczęśliwa, zwłaszcza gdy widzi, że chłopak, w którym jest bez wzajemności zakochana, zaczyna zwracać uwagę na Pulpecję. Sama Pulpecja zaś, dotąd zawsze wiedząca, czego chce, niespodziewanie przestaje się odnajdywać w świecie. Zajmuje się wszystkim, tylko nie nauką do matury, ponieważ i jej serce zaczyna bić mocniej.

Po ósmy tom "Jeżycjady" sięgnęłam tylko dlatego, że pojawia się tutaj postać Floriana, którego zapewne pamiętacie z pierwszego tomu, kiedy to zwano go Bobciem. Po przeczytaniu "Sprężyny", która w ogóle mi się nie podobała w pewien sposób przyrzekłam sobie, że nie sięgnę więcej po "Jeżycjadę". Ale książki Pani Musierowicz mają "wrodzony magnetyzm". Sięgnęłam po historię Pulpy i Baltony i nie żałuję.
Myślę, ze na temat postaci nie muszę się wypowiadać. Są po prostu świetne. Patrycję pokochałam od razu, a do Meme wysłałam SMS, że ma mi poszukać takiego Baltonę, więc to chyba o czymś świadczy ;) Nieco denerwowała mnie kapryśna Ida, ale ona tak ma. Gabrysia porzucona przez męża matka dwóch córek odnajduje swoją porcję szczęścia w postaci Grześka Stryby. Każda z postaci w książce ma swoje pięć minut, mimo że nie jest głównym bohaterem.
Zauważyłam u siebie pewną rzecz. Kaprysy Idy czy sportowo-zdrowotne przyzwyczajenia Gaby zostały przeze mnie odebrane nie jako pomysł autora, by uczynić niektóre postaci niesympatyczne, ale jako ich charakter, z którym się urodziły. To się nazywa kunszt pisarski!
Lubię rodzinę Borejków i ich gniazdko uwite przy Roosevelta 5. Ono jest takie pełne ciepła i bezpieczeństwa. Jest gościnne, dobre, otulone miłością wszystkich domowników i ich gości. Tutaj każdy poczuje się jak u siebie. Zapukaj do drzwi a dostaniesz herbaty i zostaniesz wysłuchany. Raj po prostu ;)
Żałuję, że nie zapisałam sobie cytatów, które bardzo mi się podobały. Byłam tak pochłonięta czytaniem, że machnęłam ręką na tak przyziemną sprawę.
Dotąd moim ulubionym tomem "Jeżycjady" była tylko i wyłącznie "Szósta klepka", którą kocham miłością najczystszą i najszczerszą. Teraz obok niej znajdzie się "Pulpecja". Kto wie, może następne będzie "dziecko piątku"?
"Pulpecję" gorąco polecam tym, którzy jeszcze nie przeczytali. Z tą książką spędzicie cudowne popołudnie ;)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Stosik pod patronatem...

... Szekspira głównie. No cóż, bywa i tak ;)

Książki stojące od lewej:
  1. William Szekspir "Romeo i Julia"
  2. William Szekspir "Makbet" (przeczytane)
  3. Joseph Conrad "Jądro ciemności" (przeczytane)
  4. Janusz Leon Wiśniewski "Martyna"
Książki leżące od lewej:
  1. William Szekspir "Dzieła dramatyczne. Tom 6" (Otello i Król Lir)
  2. Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"
  3. Małgorzata Musierowicz "Pulpecja"
  4. William Szekspir "Hamlet"
Czyli generalnie lekturowo. Nie wiem jak będzie z recenzjami - jak wracam do domu to nic mi się nie chce, nie mogę się zmobilizować do nauki, a co dopiero do napisania recenzji, ale w weekend postaram się naskrobać coś o "Makbecie", którego niedawno przeczytałam (całkiem niezłe było). ;)

środa, 28 marca 2012

[91] Krzysztof Bielecki "Defekt pamięci"

Książka wydana własnym nakładem w ramach
Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
2012
Liczba stron: 154
Literatura polska
8/10

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek i wbrew pozom "Defekt pamięci" nie jest jego debiutem. Wcześniej napisał "Miasto to gra", "Raz na kilkaset lat" oraz "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo".

Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę? Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem. Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą. Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku. "Defekt pamięci" to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.

Książkę pożyczyłam od Meme, która ksiązkę sobie bardzo chwaliła. W sumie chciałam ją przeczytać nie ze względu na litanię pozytywów, jaką wylała z siebie Meme, ale na niewielką objętość książki. Potrzebowałam czegoś niedużego i szybkiego. Dostałam to, co chciałam z dodatkiem jakim była świetna zabawa.
Przyznam się szczerze, ze mam taki brzydki zwyczaj czytania końcówki książki. przeczytałam fragment ostatniego rozdziału i sądziłam, że wiem jakie jest zakończenie i, że nic a nic mnie nie zaskoczy. Autor pokazał mi, jak bardzo, ale to bardzo się myliłam. W tej książce NICZEGO nie można być pewnym.
Kool Autobee jest z pewnością ciekawą postacią. Nienawidzi czytania i wszelkiej literatury. Kocha swoja pracę w biurze i zapach tonera, co w sumie jest jego jakby narkotykiem. Lubi to co go otacza i nie potrzeba mu więcej. Chociaż przydałby się remont kuchni... I tu historia się rozkręca. Kool staje się jednym z Piszących wbrew swojej woli. Za wszelką cenę chce wrócić do swojego poprzedniego życia, do życia, które spokojnie się toczyło nim zaczął pisać, a jego życie zaczął napędzać Motywator.
Przewijają się tutaj głównie postacie Piszących. Albo postacie stworzone przez Piszących. W sumie to nie wiadomo kto jest kim i niezwykle łatwo jest się w tym wszystkim zaplątać ;)
Gdzieś na kilka rozdziałów przed końcem, co jakiś czas, pojawia się niepokojące, generalnie nieistotne zdanie mówiące o więzieniu ludzi w banku przez jakiegoś człowieka. To zdanko strasznie się wcina w bieżące zdarzenia. Ale jak widać autor miał w tym swój (mroczny) cel... ;)
"Defekt pamięci" to książka nieprzeciętna. Kiedy w pewnie sobotni poranek skończyłam czytanie tejże książki od razu chwyciłam za komórkę i posłałam SMS do Meme o mniej-więcej takiej treści:
"Trzeba mieć łeb jak sklep (a nawet jak hipermarket), żeby napisać tak zwichrowaną (w
pozytywnym sensie) ksiązkę. Pełen odlot."

Gorąco polecam Wam tę pozycję. Ona z pewnością ożywi Wam dzień i będzie się gorączkowo zastanawiając o co tu właściwie chodzi i czy autor nie robi nas w balona. Koniecznie przeczytajcie, bo jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie czytelnicze ;)

wtorek, 13 marca 2012

[90] Jarosław Kret "Planeta według Kreta"

Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011
Liczba stron: 280
Literatura polska
8/10

Jarosław Kret to polski dziennikarz telewizyjny oraz fotoreporter. Z wykształcenia jest egiptologiem. Obecnie kojarzony często z pracą jako prezenter pogody.

Jarosław Kret w swojej działalności reporterskiej i dziennikarskiej przemierzył niemal cały świat! Chętnie dzieli się wrażeniami ze swoich wypraw.
W najnowszej książce zabiera czytelników do miejsc szczególnie mu bliskich. W ujmujący sposób opowiada o niezwykłych zabytkach, osobliwych zwyczajach, a przede wszystkim niepospolitych ludziach, których spotkał, ich zajęciach i tradycjach

Na Gwiazdkę prosiłam wujostwo o jedną z książek Jarosława Kreta, a konkretnie o "Moje Indie". Zamiast tego pod choinka znalazłam "Planetę według Kreta", która okazała się świetnym podarunkiem.

Naszą przygodę zaczynamy w Europie. Potem zahaczamy o Bliski Wchód, potem szturmujemy Afrykę, następnie łykamy troszkę klimatu Ameryki Południowej. Wyczerpującą podróż kończymy na luksusowym, niedostępnym zwykłym śmiertelnikom Mauritiusie.
Nie ukrywam, że pierwszy rozdział opowiadający o Austrii zanudził mnie totalnie. Był dla mnie nieinteresujący i nieciekawy. Ale zrekompensował mi to nie tylko kolejny rozdział, ale takze każdy następny.
Jeden z rozdziałów jest całkowicie poświęcony kobietom w islamie. Jest napisany z nieprzeciętnego punktu widzenia - możemy obserwować rozmowę kilku muzułmanek. Rozdział ten obfituje też w fotografie muzułmanek. Niektóre pracują w polu, inne się modlą, jeszcze inne idą ulicami miasta. I nie wszystkie ubrane są od stóp do głów.
Jarosław Kret w swoich relacjach z podróżny wspomina tez o pracy polskich archeologów w Libanie, a także o misjonarzach - Polakach na Madagaskarze.
Ogromna zaletą książki są obłędne zdjęcia. Wszystkie były niesamowite, przyciągające i hipnotyzujące. Mam kilka ulubionych. Najpierw spodobało mi się zdjęcie Tunezyjczyka, którego zdjęcie znajduje się na wstępie do rozdziału. Kolejne zdjęcie - chyba najbardziej przeze mnie lubiane - przedstawia cztery uśmiechnięte młode Malgaszki. Poza tym podobały mi się zdjęcia miejsc takich jak Wenecja czy Brazylia.
Książka jest mila odmianą od suchych przewodników, opisujących tylko najważniejsze i najbardziej kultowe miejsca w danym kraju. Jarosław Kret pokazuje nam te mniej uczęszczane zakątki.

Podsumowując - "Planeta według Kreta" jest fajną lekturką na nudne popołudnia. Ona przeniesię Cię w dalekie krainy, gdzie nie będziesz mieć czasu na nudę.