"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

[156] Jadwiga Korczakowska "Bułeczka"

Nasza Księgarnia, 2012
Liczba stron: 120
Literatura polska
10/10

 Jadwiga Korczakowska to polska pisarka, autorka wierszy, opowiadań i książek dla dzieci. Zadebiutowała jeszcze przed wojną. Zmarła w 1994 roku mając 88 lat.

Opowieść o dwóch dziewczynkach wychowanych w różnych środowiskach, o ich poznawaniu się, docieraniu, a w końcu przyjaźni. Dziunia to rozpieszczona, rozkapryszona jedynaczka, która mieszka w mieście. Bułeczka pochodzi ze wsi, jest sierotą wychowywaną przez krewną. Na jej twarzy zawsze gości jednak uśmiech. Pewnego dnia dziewczynka ma zamieszkać z Dziunią. Początki są trudne...

niedziela, 10 sierpnia 2014

[142] Nora Roberts "Wywiad życia"

Second Nature
Mira, 2012
Liczba stron: 239
Literatura amerykańska
4/10

Nora Roberts to amerykańska pisarka. Jej książki często łączą w sobie elementy romansu, powieści przygodowej, sensacyjnej i obyczajowej. Co ciekawe pisze też kryminały z serii In Death pod pseudonimem J. D. Robb.

Lee Radcliffe wiele trudu włożyła w to, by zostać cenioną dziennikarką luksusowego magazynu. Uwielbia swoją pracę i chce być w niej coraz lepsza. Kiedy trafia się niezwykła okazja, by napisać artykuł o nieuchwytnym i tajemniczym autorze kilku bestsellerów, Hunterze Brownie, od razu dostrzega w tym szansę dla siebie i swojej kariery. Tylko czy pisarz słynący z tego, że skrzętnie ukrywa swoją prywatność, odpowie na jej pytania? Nieoczekiwanie Hunter zgadza się na wywiad, ale stawia zaskakujący warunek...
 Po przeczytaniu tej powieści zastanawiałam się co skłoniło mnie do tego kroku. Już wiem - słowo 'pisarz' w opisie książki oraz fakt, że czytałam już jedna pozycję z serii Satine i była całkiem dobra. Niestety, tym razem się zawiodłam. Od kilkunastu miesięcy rzadko sięgam po takie czytadła, robię to sporadycznie i staram się rozsądnie dokonać wyboru, ale w przypadku tej książki nie przemyślałam decyzji. 

"Wywiad życia" to lekkie czytadełko jakich wiele na rynku. Nie piętnuję takiej literatury, ale uważam, że nie jest to literatura wysokich lotów. Ma odprężać i pozwalać odpłynąć czytelnikowi w świat marzeń, takie powieści też są potrzebne, ale pod warunkiem, że są dobrze napisane. W moim przypadku miał być to przyjemny przerywnik w czasie czytania "Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego, ale po skończeniu tej książki czułam wyrzuty sumienia z powodu zmarnowanego czasu. 

Język, narracja i dialogi mnie irytowały i nudziły, chwilami musiałam się pilnować, by nie opuszczać fragmentów. Fabuła też bez polotu, bardzo klasyczna: kobieta, mężczyzna, wspólne spędzanie czasu, wątpliwości i happy end. Żadnych intryg, brak jakiejś tajemnicy w tym wszystkim, słowem: nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Tekst przewidywalny do bólu.

Jest to moje drugie po "Bezwstydnej cnocie" spotkanie z Norą Roberts. "Wywiad życia" to niewymagająca książka na wolne popołudnie pod warunkiem, że ktoś lubi nużące romanse bez polotu i błyskotliwości. Ja zmęczyłam się przy tej powieści i żałuję, że nie wybrałam innego tytułu. Tę historię polecam jedynie zagorzałym miłośniczkom literatury autorstwa Roberts, reszcie odradzam, by nikt nie czuł, że traci czas.

sobota, 5 lipca 2014

[137] Ewa Formella "Leśniczówka"

Warszawska Firma Wydawnicza, 2012
Liczba stron: 122
Literatura polska
6/10

Ewa Formella to polska współczesna pisarka mieszkająca od ponad 30 lat w Trójmieście. Zadebiutowała wydaną w 2011 roku "Leśniczówką". Swoje książki wydaje w formie papierowej oraz e-booków poprzez self - publishing. W swoim dorobku literackim ma również takie powieści jak "Lawenda", "Jutra nie będzie" oraz "Pamiątka z Paryża". Znajdziecie ją nie tylko na stronie zalinkowanej na początku, ale również na blogu Książki Idy.

Emilia, trzydziestoletnia wdowa z trojgiem dzieci, przyjeżdża do odziedziczonej po rodzicach leśniczówki. Musi na nowo poukładać swój świat. Zadanie to niełatwe, zwłaszcza że postanowiła poszukać szczęścia w kompletnie obcym dla siebie otoczeniu. Jednak już pierwszego wieczoru wyraźnie czuje magię tego niesamowitego miejsca, obcość ustępuje bliskości, strach przed nowym i nieznanym ulatuje, a duszę ogarnia nieziemski spokój. Dom promieniuje tajemniczą, ale pozytywną aurą. Dzięki temu Emilia będzie w stanie nie tylko zmierzyć się teraźniejszością, lecz także ze swoją przeszłością – bolesną i traumatyczną, pozwalającą jednak odnaleźć własną tożsamość.

Jeśli chodzi o polskich autorów to nie żywię do nich urazy, nawet jeśli na mojej czytelniczej drodze stanęły niegdyś jakieś nieciekawe powieści, więc chętnie sięgnęłam po debiut powieściowy Pani Ewy Formelli. Spodobał mi się tytuł, nie powiem, leśniczówka kojarzy mi się bardzo przyjemnie. Opis również jest interesujący. Co skrywa się za tą prostą okładką?

Otóż, skrywa się za nią dość interesująca historia, choć spodziewałam się czegoś nieco innego, ale to rozwiązanie, które zastałam również było dobre. Oczekiwałam wstępu, na który będzie się składać opis życia Emilii z mężem, tego co niszczyło jej życie. Powieść zaczyna się jednak inaczej, ale interesujący mnie wątek nie zostaje pominięty (na szczęście!), ale jest opowiedziany przez narratora w dalszej części książki, a właściwie książeczki.

Ta publikacja ma 122 strony papierowe, w PDF jest to 96 stron, zatem jest to objętościowo niewielka pozycja, co jest jej minusem i ma wpływ na całokształt opowieści. Odczuwam niedosyt, bowiem wątki zostały zredukowane, są krótkie i słabo rozwinięte. Aż się prosi o pogłębienie wątku znajomości Emilii i Mariusza. Podobał mi się też wątek rozdartego między pasją a miłością brata głównej bohaterki, ale tu mogę wybaczyć redukcję wątku, zresztą, całkiem fajnie został on skonstruowany. Minusem dla mnie było też to, że tchnęło mi tu trochę naiwnością. Kobieta, której życie było dotychczas dość traumatyczne szybko zdobywa przyjaciół, zadomawia się w leśniczówce, wchodzi w bliskie relacje z innymi postaciami. Coś tu mi zgrzyta na tym polu.

I najważniejsze - główną rolę odgrywa tu pewna tajemnica mająca związek z naszą główną bohaterką. Rozwiązuje się ona dopiero na ostatnich stronach, a czytelnik ma możliwość bawienia się w detektywa i doszukiwania się rozwiązania. Sama miałam swój typ na rozwiązanie tej zagadki, sprawdził się on pośrednio. Nie będę uchylać rąbka tajemnicy, gdyż to może przeszkodzić w lekturze :) Dobrze, że autorka rozwiewa domysły na końcu niemal, odbiorca z niecierpliwością oczekuje odpowiedzi na pytania "Kto? Dlaczego? O co tu chodzi?". Pisarka trafiła tez z postacią - aktualnie na rynku chyba co druga historia opiera się na tym, że beztroska młoda kobieta wyjeżdża na odludzie by odkrywać siebie (czy inne rzeczy/miejsca) i spotyka swoją wielką miłość życia, a potem żyją długo i szczęśliwie. Schemat znany, powielany, generalnie sympatyczny, ale nie w takich hurtowych ilościach. A tu coś nieco innego. Kobieta z trójką dzieci, dwójką psów i niezłym bagażem życiowym wyrusza do odziedziczonej leśniczówki, która na dodatek się nieco straszy. A w nowym miejscu czeka kilka innych ważnych wyzwań. Niby niewielkie nowatorstwo w popularnym schemacie, a cieszy czytelnika.

Generalnie debiut to dość dobry, choć czytywałam lepsze (i gorsze, wiadomo). Minusem jest objętość, kiepsko rozbudowane wątki poboczne, lekka naiwność. Plusy to dobrze poprowadzony główny wątek dotyczący tajemnicy, a także nieco zmieniony schemat powieściowy ostatnio bardzo spopularyzowany, co było dla mnie ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem, za co wielki plus. Jest to powieść na jedno popołudnie, szybką ją przeczytacie. Jeśli ktoś ma ochotę odetchnąć i zaszyć się gdzieś z książką lekką, ale nie zupełnie odmóżdżyć to polecam "Leśniczówkę", a jeżeli macie dość szablonu, o którym pisałam wcześniej to też znajdziecie w tej powieści coś dla siebie.

Za książkę dziękuję autorce, Pani Ewie Formelli :)

środa, 4 czerwca 2014

[135] Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu"

God never Blinks. 50 Lessons for Life's Little Detours
Insignis, 2012
Liczba stron: 320
Literatura amerykańska
10/10

Regina Brett to felietonistka pracująca dla dziennika "Plain Dealer" w Cleveland. Felietony pisze od 1994 roku. Jej teksty zostały wyróżnione różnorakimi nagrodami. Została finalistką Nagrody Pulitzera, zdobyła także National Headliner Award. "Bóg nigdy nie mruga" to jej pierwsza książka. Na polskim rynki wydawniczym ukazał się także drugi to felietonów "Jesteś cudem".

Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów i prostych sentencji. Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach. Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.

Zbiór felietonów Reginy Brett znalazł się na mojej półce drogą szkolnego wyróżnienia. W moim liceum uczniowie sami wybierają sobie nagrody z określonej puli książek. W tym ostatnim licealnym roku najbardziej zainteresowały mnie właśnie krótkie formy pani Brett. Choć nie zupełnie przekonana, zgarnęłam lekturę ze stolika. Jak się okazało całkiem niedawno - z tymi felietonami spędziłam bardzo miłe chwile. 

W życiu spotykają nas różne sytuacje. Często biorą nas z zaskoczenia. Ktoś choruje na raka, kogoś rzuciła ukochana osoba, ktoś stracił pracę, a ktoś inny dowiaduje się, że za kilka miesięcy zostanie rodzicem. To momenty trudne, niespodziewane, które wymagają przeorganizowania dotychczasowego sposobu życia. Tylko... jak to zrobić, żeby nie zwariować i się nie załamać? 

Autorka felietonów przy pomocy własnych kolei życia pokazuje, ze życia nie należy traktować jak balast. Przecież mimo trudnych chwil, kiedy to życie rzuca człowiekowi kłody pod nogi, to jest ono piękne. Sama twierdzę, że te chwile smutku, łez, wątpliwości nadają większej wartości tym dniom pełnym słońca i radości. Czy śmiech miałby sens, gdybyśmy nie znali tych kilku spływających kropel po policzku? Ale, ale. Felietonistka pisze nie tylko o trudnościach życia. Porusza też tak codzienne tematy jak oszczędzanie, walczenie o swoje pasje, troska o najbliższych, miłość do drugiego człowieka, akceptacja samego siebie oraz wiara (niezależnie od religii).

Te teksty mocną budują czytelnika. Przywracają nadzieję, powodują uśmiech na twarzy, czasem łza się w oku kręci. Kilkustronicowe felietony poruszają struny w duszy, które są głęboko schowane, te, o których istnieniu czasem się zapomina. Gdy je czytałam wybuchałam śmiechem, bo nagle kojarzyły mi się rzeczy dla mnie osobiste, odkrywałam je na nowo. Niektóre słowa wywoływały we mnie wzruszenie i sentyment. Bardzo fajna konstrukcja spisu treści pozwoliła mi na zaznaczenie ołówkiem najważniejszych dla mnie tekstów, które powinnam sobie wziąć do serca, do których powinnam wracać w chwilach zwątpienia. Ponadto w książce zaznaczyłam sobie ponad 20 cytatów.

Najważniejsze to czytać tę książkę ze spokojem, powoli, ze zrozumieniem i delikatnym uśmiechem szczerej sympatii na ustach. Ten zbiór felietonów to pozycja o wyjątkowej wartości. Pozwala odkryć świat, życie i siebie na nowo, zaobserwować pewne sytuacje w nowym świetle. Chociaż tak trochę się zastanawiam... Czy to na pewno 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu? A może 50, czasem ekstremalnych, życiowych przygód? Zgodnie z filozofią autorki w każdej trudnej chwili należy odnaleźć coś pozytywnego, coś dobrego. Takie momenty hartują nasze serca i dusze, pomagają zdobywać doświadczenie i po prostu ŻYĆ. 

Ciężko mi recenzować tę książkę, gdyż jest ona jednym z najbardziej osobistych przeżyć w ostatnim czasie, zwłaszcza przeżyć literackich. To była moja osobista intymna rozmowa z samą sobą, z pasjami, planami, marzeniami, tęsknotami. To też mój kontakt z Bogiem, który zawsze patrzy i wszystkiego pilnuje, ponieważ nigdy, przenigdy nie mruga i niczego nie przegapia.

Jestem zachwycona tymi tekstami napisanymi z miłością i humorem. Całym sercem oddałam się tej książce, a ona oddała się mnie. Mam wrażenie, że ona jest o mnie, dla mnie, a zarazem jest dla całego świata. Najchętniej kazałabym przeczytać tę książkę wszystkim, niezależnie od preferencji czytelniczych. Koniecznie pożyczę ją z radującą się duszą mamie, siostrze, przyjaciółce i chłopakowi. Niech odkrywają nowe lądy życia. 

Gorąco Wam polecam książkę pt. "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett. To tyle ode mnie. 

"Co miałam zrobić ze swoim życiem? Przyszłość mnie przytłaczała. Aż pewnego dnia przyjaciółka z terapii poradziła mi: po prostu zrób następny, właściwy krok. 
To wszystko?"

"To wybór, a nie przypadek decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens. Nikt inny nie dysponuje tym, co ty - twoim zestawem talentów, pomysłów, zainteresowań. Jesteś oryginalnym egzemplarzem. Arcydziełem."

Cytaty pochodzą z książki "Bóg nigdy nie mruga" kolejno strony: 25, 89.

wtorek, 27 maja 2014

[133] Stanisław Lem "Bajki robotów"

Literackie, 2012
Liczba stron: 224
Literatura polska
8/10

Stanisław Lem to polski pisarz, eseista, jeden z czołowych przedstawicieli nurtu fantastyki naukowej. W swoich tekstach porusza problemy takie jak rozwój nauki i techniki oraz miejsce człowieka we Wszechświecie. Spod jego pióra wyszły m. in. "Dzienniki gwiazdowe", "Solaris", "Cyberiada" oraz "Dziennik znaleziony w wannie".

Dawno, dawno temu, gdzieś za Cieśniną Andromedzką żyli sobie Palibaba-intelektryk, Królewna Elektrina i robot Automateusz...
Bajki robotów po raz pierwszy ukazały się w 1964 roku. Od tego czasu nieustannie bawią i zadziwiają swą oryginalnością. Lem, jak sugeruje już sam tytuł, połączył w tej książce światy na pozór sobie obce: baśniową akcję przeniósł w kosmos, a księżniczki i czarodziejów zamienił na inteligentne i przede wszystkim obdarzone uczuciami maszyny. Powstał w ten sposób utwór wymykający się wszelkim klasyfikacjom, dzieło, które może być czytane przez młodszych czytelników, ale także przez wymagających miłośników fantastyki naukowej, skrzące się błyskotliwym humorem i arcyzabawną groteską.

Jakiś czas temu Nala na swoim blogu opublikowała recenzję "Bajek robotów" Lema i tym samym o tym pisarzu mi przypomniała. Zetknęłam się z nim już w gimnazjum kilka lat temu, były to, zdaje się, fragmenty "Dzienników gwiazdowych". Spodobało mi się, chciałam przeczytać coś jeszcze we własnym zakresie, ale zabrakło mi wtedy czasu chyba. Zatem po recenzji Nali poszłam do biblioteki i wypożyczyłam "Bajki robotów". Jak się bawiłam? Hm... Fantastycznie! 

Chyba najbardziej urzekł mnie język i styl. Fenomenalne wprost. Teksty są pełne słowotwórczych zabaw, neologizmów, niespotykanych nazw stworzonych na potrzeby bajek. Słowem pisarz tworzy też iście Grimmowy klimat i nastrojowość utworu. Można by domniemywać, że czytamy średniowieczne opowiastki o... robotach! 

"Jam jest robot hartowany,
zdalnie prądem sterowany,
nitowany z każdej strony,

wyklepany, uzwojony..."

W bajkach Lema obserwujemy bogactwo techniki i nauki. Świat robotów... Bałam się, że przytłoczą mnie fizyczne, matematyczne czy techniczne określenia, ale nie. Nie było tam nic co by mnie zniechęciło, wystraszyło, drażniło. W zasadzie występowały tam głównie nazwy pierwiastków i minerałów. Nie trzeba wiedzieć jak wygląda tantal albo znać właściwości uranu i glinu, by mieć pojęcie o czym jest historyjka. To tak jak w tradycyjnych baśniach - nie ma potrzeby znania nazw ziół, krzewów, by rozumieć ich istotę dla bohaterów. Te nazwy odczuwa się jako coś naturalnego, normalnego. 

W utworach pojawia się dramaturgia i tragizm, zaraz obok komizmu, zabawnych, groteskowych elementów. Pisarz chwyta za ironię i specyficzny humor [okrzyk "Awruk!" znany każdemu Polakowi chyba, ale w nieco innej konwencji. Przeczytajcie od końca ;) ], zatem przy bajkach można się zrelaksować, odprężyć, ale też poszukać głębszych znaczeń, symboli, gdyż te krótkie historyjki wskazują na życie, jego sens i wartościowanie. Zatem - każdy znajdzie coś dla siebie.

"Wszystko, cokolwiek istnieje, bywa przedmiotem drwin. Nie ostoi się wobec nich żadna godność, wiadomo bowiem, że ten i ów śmie podrwiwać nawet z królewskiego majestatu. Śmiech uderza w trony i państwa. Jedne ludy drwią z innych lub z samych siebie. Bywało, że wyszydzano to nawet, co nie istnieje – czyż nie śmiano się z mitycznych bogów?"

Zachęcam do sięgnięcia po "Bajki robotów". Ja przy tej książce bawiłam się świetnie, męczyłam się tylko z jedną opowiastką. Jeśli ktoś jeszcze nie zetknął się z fantastyką naukową to może być bardzo ciekawe pierwsze spotkanie, jeśli ktoś już jest nieco bardziej zaznajomiony w temacie to ta książka będzie fajną gratką. Przeżyłam na tyle interesującą przygodę, że kolejny utwór Lema - "Pamiętnik znaleziony w wannie" - już planuję. A i do braci Grimm na chwilę wrócę, zdejmę z półki i poczytam, bo Lem inspiruje do czytania bajek, bajeczek, baśni...

sobota, 11 stycznia 2014

[122] Alyson Richman "Zakochana modelka"

The Last Van Gogh
Bukowy Las, 2012
Liczba stron: 300
Literatura amerykańska
7/10

Alyson Richman to autorka czterech powieści dobrze przyjętych przez amerykańskich czytelników i krytyków. Ukończyłam Wellesley College, mieszka z rodziną na Long Island i pracuje nad kolejną książką.

Latem 1890 r. Vincent van Gogh przybywa do idyllicznej francuskiej wioski Auvers-sur-Oise. To tutaj spędzi ostatnie siedemdziesiąt dni swojego życia pod opieką doktora Gacheta, homeopaty, malarza amatora i kolekcjonera sztuki. W tym okresie stworzy ponad siedemdziesiąt obrazów, w tym dwa portrety córki lekarza, Marguerite. Od śmierci matki Marguerite jest ofiarą opresyjnej atmosfery ojcowskiego domu, zmuszoną spełniać zachcianki ojca oraz brata i troszczyć się o ich potrzeby. Przez lata wiedzie samotne życie i jest świadkiem dziwactw, a także budzących wątpliwości praktyk lekarskich ojca. Marguerite wierzy, że przybycie Vincenta zapowiada odmianę jej losu. W miarę rozkwitu jej związku z cierpiącym artystą dziewczyna czuje przypływ śmiałości i uczy się poruszać po ścieżkach zakazanego romansu. Książka będąca zarazem romansem, jak i powieścią opartą na drobiazgowo zebranych informacjach, odtwarza frapujące i żarliwe ostatnie miesiące życia Vincenta oraz opisuje trudny związek młodej, pełnej nadziei dziewczyny z artystą na krawędzi rozpaczy, malarza i jego ostatniej muzy.

Vincent van Gogh "Słoneczniki" (1888)
Interesuję się malarstwem, zwłaszcza malarstwem impresjonistycznym. Uwielbiam obrazy Moneta, chętnie też zaglądam do różnego rodzaju opracowań dotyczących dzieł malarzy - impresjonistów. Miałam okazję czytać powieść zainspirowaną życiem impresjonistki Berthe Morisot i Eduarda Maneta pt. "Uwodzicielka". Zachwyciła mnie, więc gdy tylko zobaczyłam na okładce "Zakochanej modelki" obraz van Gogha liczyłam na podobne fajerwerki co przy poprzedniej książce.

Książka pod względem języka jest dobra. Żadnych udziwnień, język jest ładny, estetyczny. Gratulacje nie tylko dla autorki, ale także dla tłumaczki. Jedyne zastrzeżenie w kwestii tłumaczenia to tytuł - polski tytuł jest fatalny. Szczerze powiedziawszy gdyby nie ta impresja na okładce to pewnie ominęłabym tę ksiązkę szerokim łukiem, a wszystko przez kiepski tytuł sugerujący bardzo tanie i żenujące poziomem romansidło dla nastolatek. Dzięki ładnemu językowi powieść się delikatnie snuje, niespiesznie idzie do przodu w dość subtelny sposób. Książka ma sporo rozdziałów, głównie krótkich. Wszystkie są zatytułowane, ale ja i tak nigdy nie zwracam uwagi na tytuły rozdziałów.

Powieść zaczyna się zgrabnym wstępem wyjaśniającym sytuację panującą w domu Marguerite. W tym celu autorka posługuje się przywoływaniem wspomnień głównej bohaterki. Zabieg dość klasyczny i sprytny. Tak nawiasem mówiąc - to co dzieje się w domu dziewczyny jest chore i staje się co raz bardziej chore wraz z tokiem powieści. Ciekawe studium patologii. Z kart powieści pani Richman wyrasta nie van Gogh - wielki artysta, lecz van Gogh - zwykły człowiek. Wiadomo, impresjoniści raczej nie mogli utrzymywać się z malowania swoich dzieł, a już na pewno nie Vincent. Jest on tutaj ukazany jako malarz o ogromnym talencie. Mężczyzna choruje, walczy z zaburzeniami psychicznymi i napadami lęku. Interesujący portret malarza.

Minusem było dla mnie zakończenie. Wcale nie dlatego, że zabrakło mi klasycznego i różowego happy endu, ale dlatego, że mam poczucie, że autorka za bardzo pospieszyła się z tym zakończeniem i nie udźwignęła go. Najpierw snuła liryczną opowieść, prezentowała długą drogę do romansu, a następnie niezbyt umiejętnie moim zdaniem zakończyła jakby nie wiedząc co zrobić z tak powstałą akcją. A szkoda, że pisarka skopała zakończenie.

Generalnie książka jakaś zła nie jest, ale także nie zachwyca i nie porywa. Miło się ją czytało latem, gdy było dużo czasu i mogłam czytać wszystko. Teraz, gdy czasu mam mniej wolałabym sięgnąć po inne książki.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

[121] Ryszard Wolański "Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań"

Rebis, 2012
Liczba stron: 408
Literatura polska
10/10

Ryszard Wolański to dziennikarz muzyczny przez wiele lat związany z polskim radiem i telewizją. Jest autorem licznych relacji i reportaży z imprez muzycznych i festiwali oraz "leksykonu Polskiej Muzyki Rozrywkowej". Pisze książki o tematyce muzycznej, jest też laureatem licznych nagród m. in. Gloria Artis. W jego dorobku znajduje się książka pt. "Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie", a nie dawno na rynku pojawiła się kolejna pozycja - "Tola Mankiewiczówna. Jak za dawnych lat".
„Gra pan jak Bodo! Dlaczego? Bo do du…”. To tylko żartobliwy kalambur Adolfa Dymszy, prawda bowiem była zupełnie inna. Eugeniusz Bodo grał „jak z nut”, chociaż ich nie znał. Dwa etapy jego życia upłynęły mu śpiewająco. Otaczała go wtedy miłość rodzinnego domu, sława zdobyta w warszawskich kabaretach, wreszcie uwielbienie kinowej widowni za ekranową wszechstronność. I kto wie, jak potoczyłyby się jego artystyczne losy, gdyby nie wojna. Tragiczna, niesprawiedliwa i okrutna. O tym właśnie opowiada ta książka.

Bodo i Smosarska, "Czy Lucyna to dziewczyna?"
Mam bzika na punkcie przedwojennego kina polskiego. Eugeniusz Bodo, a właściwie Bohdan Eugene Junod to mój ulubiony przedwojenny polski aktor, a na książkę pana Wolańskiego polowałam ponad rok. Zatem wyobraźcie sobie moją radość gdy odnalazłam tę książkę pośród prezentów osiemnastkowych. Poważnie, radocha nie do opisania. Z taką właśnie nieopisaną radością w duszy przystąpiłam do czytania, co okazało się początkowo problemem, bo czytałam za szybko i nie rozumiałam tekstu. Kiedy uspokoiłam się trochę i zwolniłam, dałam się ponieść tej niezwykłej historii.

Zacznę od początku, czyli od przedmowy.Napisał ją nie kto inny tylko pan Bohdan Łazuka, wykonawca kilku piosenek śpiewanych przez Bodo  - m. in. "Umówiłem się z nią na dziewiątą". Przedmowa podbiła me serce pierwszym zdaniem, a dalej było tylko lepiej.

Książka jest podzielona na 3 części, które obrazują trzy etapy życia Eugeniusz a Bodo. Każda z części jest podzielona na rozdziały. Niektóre z nich mają swoje podrozdziały w postaci prezentacji, opisów i recenzji filmów, w których zagrała nasza gwiazda. Bardzo podoba mi się to, że autor chętnie i często sięgał do wypowiedzi innych osób tamtego czasu (a także osób z czasów powojennych już), pojawiały się też fragmenty recenzji, not prasowych, wywiadów, które wzbogaciły całość tekstu, ubarwiły go i dały czytelnikowi możliwość ujrzenia wszystkiego z kilku, czasem różnych, perspektyw. Książka zawiera bardzo dużo zdjęć, fotosów filmowych, plakatów, reklam, okładek płyt z utworami Bodo a także karykatury i fotomontaże. Język jest prosty, przejrzysty, wartki, pełen pasji i zainteresowania. Widać, że autora naprawdę interesuje to co pisze, co powoduje, że czytelnik daje się porwać w wir snutych opowieści.

Dymsza, Bodo, Grossówna "Paweł i Gaweł"
Książka zawiera bogatą bibliografię (prawdziwa gratka!), spis przed- i powojennych pism i gazet, programów telewizyjnych, dyskografię Bodo oraz jego repertuar, wykaz ilustracji i przydatny indeks nazwisk pojawiających się w tekście. Pan Wolański serwuje nam 10 stron bardzo ciekawego dodatku.

To byłoby tyle, ze spraw technicznych. Z tej książki wyrasta intrygujący obraz Eugeniusza Bodo - przedwojennego aktora rewiowego, teatralnego, w końcu także filmowego, pieśniarza Warszawy. To nie suche fakty serwowane w encyklopedii, to porywający obraz syna kochającego swoją matkę robiącego koralikowe makatki. Bodo z zapałem zbierał znaczki, a oglądanie ich uspokajało go. Miał wiele fanek, dziewczęta i kobiety go uwielbiały mimo sporej liczby romansów (zawsze dyskretnych). To obraz człowieka, na którym odbił się spowodowany przez niego wypadek, który znał biegle angielski i rosyjski. Bodo to niewątpliwie barwna postać, z którą warto się zapoznać. To, o czym tu pisałam to zaledwie kropla w oceanie.

Nie jest to jedynie biografia. Książka jest pięknym przekrojem epoki. Wiele dowiedziałam się o teatrach, kinach, rewiach i kinoteatrach i ich działalności. Nie tylko o aktorach, ale też o tych, których często nie widać - o muzykach, tekściarzach, autorach scenariuszy. Co kilka stron czytelnik znajdzie ramki, w których prezentowane są życiorysy aktorów, gwiazd, wokalistów, scenarzystów, reżyserów. Ryszard Wolański prezentuje w tej książce świat dwudziestolecia międzywojennego, gdzie punktem odniesienia jest życie Eugeniusza Bodo. W trzeciej części książki widać także jak wojna zmieniła życie gwiazd. Ze sceny do kopania okopów i nie tylko...

Wojenna historia Bodo wstrząsa. Znany polski aktor ze szwajcarskim paszportem zginął zapomniany w sowieckim łagrze umęczony głodem i chorobą. Niby pamięta się o tej wielkiej postaci, z drugiej właśnie ta część jego życia - śmierć - pozostaje zapomniana, a przecież należy o tym pamiętać. Nie tylko dlatego, ze był wielką gwiazdą, ale dlatego, że podzielił tragiczny los wielu innych ludzi.

Mogłabym dalej pisać i pisać, ale setki słów nie oddadzą piękna tej książki. Wiem, że na pewno sięgnę po "Tolę Mankiewiczównę" i "Już nie zapomnisz mnie" - obie mam zamiar kupić. Książkę gorąco polecam wszystkim, którzy choć trochę są zainteresowani przedwojennym kinem lub teatrem, a zwłaszcza tym, których zainteresowała kiedyś osoba Eugeniusza Bodo. Gorąco polecam, gdyż tonę w zachwycie i uwielbieniu i Wam życzę tego samego po lekturze tej książki.

wtorek, 25 czerwca 2013

[108] Agatha Christie "Niedziela na wsi"

The Hollow
Dolnośląskie, 2012
Liczba stron: 260
Literatura angielska
7/10

Agatha Christie to angielska autorka powieści kryminalnych i obyczajowych, jest też najbardziej znaną na świecie pisarką kryminałów. W języku angielskim wydano ponad miliard jej książek. Stworzyła dwie słynne postacie: starszą pannę Marple oraz ekscentrycznego Belga Herkulesa Poirot. Pierwszą powieścią kryminalną, a zarazem pierwszym dziełem, w którym pojawia się belgijski detektyw jest "Tajemnicza historia w Styles" wydana w 1920 r. Wybitna anglojęzyczna pisarka zmarła w 1976 roku mając 86 lat.

To miała być spokojna niedziela na wsi. Herkules Poirot, zaproszony na obiad do domu lady Angkatell, trafia wprost na miejsce zbrodni. I nie jest to impertynencki żart ani gra towarzyska! Czerwona krew doktora Johna Christowa kapie do niebieskiej wody w basenie...
Czy lekarz został zabity przez zazdrosną o niego kobietę: żonę, kochankę albo dawną ukochaną? Wszystkie są na miejscu zbrodni, a jedna nawet trzyma w ręce rewolwer… Ale dowody i zeznania wcale nie są jednoznaczne. Tym razem Poirot trafił na godnego siebie przeciwnika. Czy wskazanie mordercy i odkrycie prawdy będzie sprawiedliwym wyjściem?

Christie i ja w Bieszczadzkim hamaku w ubiegłym tygodniu!
Książkę dostałam dosyć dawno, bo na ostatnią Gwiazdkę od kochanej Meme, ale dopiero teraz miałam chwilę czasu, żeby usiąść i ją przeczytać. Zabrałam ją bowiem na prawie tygodniowy wyjazd w Bieszczady z bardzo fajną ekipą, na czele której stał mój Polonista. Czytałam głównie w pociągu, rzadziej w schronisku. Jakie są moje wrażenia po moim drugim w życiu spotkaniu z Herkulesem i trzecim spotkaniu z panią Christie w ogóle?

Po "Morderstwie w Orient Experssie" Poirot stał się moim absolutnym guru (niemal). Stoi na piedestale zaraz obok Holmesa i Watsona. Tam było go dosyć sporo, na prawie każdej stronie. W tej powieści było nieco inaczej. Oryginalny Belg pojawia się dopiero w okolicach 90 strony, następnie występuje trzy, może cztery razy w króciutkich (choć istotnych) epizodach i triumfalnie rozwiązuje zagadkę. Tyle. Mi było mało, mało, mało. Mam straszny niedosyt Herkulesa.

Na powieść skalda się bardzo długie wprowadzenie, nim dojedzie do prawdziwego zawiązania akcji, jakim jest morderstwo Johna Christowa (zachodzi to około 100 str.). W owym wprowadzeniu autorka starannie przedstawia czytelnikowi bohaterów, grających główne role w tym spektaklu. Są ładnie zarysowane ich osobowości, nawyki, dziwne skłonności i sposób bycia. Istotną rzeczą wśród tego charakteryzowania bohaterów jest opis relacji między poszczególnymi osobami. Rzecz na pozór bzdurna, ale w dalszym toku akcji bardzo ważna, bo to właśnie tymi spostrzeżeniami będzie kierować się czytelnik w czasie poszukiwań mordercy.

Historia klasyczna dla Christie: do morderstwa dochodzi w zamkniętym gronie i wśród tego grona należy szukać, tego kto zbrodni dokonał. Tutaj nie jest to takie proste jakby wydawać się mogło, bo tropy prowadzą do różnych osób. Mylne, bardzo mylne. A całkiem sporo zamieszania w tej kwestii wprowadza niepozorna lady Angkattel, która zasypuje wszystkich wkoło swoimi teoriami.

W "Niedzieli na wsi" Agatha Christie posunęła się do pogłębienia wizerunku bohaterów powieści, tym samym odsuwając troszkę na bok Herkulesa Poirot. Lekka psychologizacja postaci w kryminale sprawiła, że miałam momentami odczucie, że czytam powieść obyczajową. I szczerze mówiąc nie wiem czy poiliczyć to plus czy minus dla książki.

"niedziela na wsi" to bardzo dobra powieść i wciągająca historia, ale nie trzymała mnie w napięciu tak jakbym chciała. No i brakowało mi Herkulesa. Jednak fanom Christie, którzy nie mieli okazji jeszcze przeczytać, polecam, a nawet zachęcam ;) Natomiast osoby, które chcą dopiero zacząć swoją historię z Agathą i oczekują dreszczyku emocji i mocnego napięcia, niech sięgną po inną pozycję! ;)
________

I wróciłam. Wakacje za pasem i uznałam, że muszę zintensyfikować swoje czytanie.Christie skończona, teraz czytam "Miasteczko Salem" Kinga. Do zobaczenia! ;)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Recenzja muzyczna nr 1 >The Baseballs "Good ol'Christmas"

 



Korzystając z okazji, że dziś mam lekcje prawie na 12  podrzucam recenzję inną niż zwykle, bo recenzję płyty. Otóż, otrzymałam pod choinkę dwie płytki i po przesłuchaniu ich (kilkakrotnym) postanowiłam je zaprezentować. Na pierwszy ogień idzie świąteczna płyta zespołu The Baseballs.

Kim są The Baseballs? To niemiecki zespół, który postawił na rock'n'rolla wraz z jego królem, a moim ukochanym - Elvisem Presley'em. Na swojej pierwszej płycie "Strike!" zamieścili covery popularnych piosenek nagranych właśnie w rock'n'rollowym duchu. Tu samo jest na tej płytce. Znane świąteczne piosenki delikatnie przerobione na klimaty Elvisa.

Muszę przyznać, że jestem zachwycona płytą. Ale nie ukrywam też, że miałam obawy, choć uwielbiam ten zespół nie od dziś. Poprzednie hity zostały świetnie zrobione, idealnie podane, ale wiadomo, różnie to bywa. Miałam obawy czy piosenki, które znają i nucą w okresie około świątecznym tysiące ludzi na ziemi nie zostaną w jakiś tragiczny sposób okaleczone, zniszczone. No i czy duch rock'n'rolla dobrze się sprawdzi w tym typie muzyki. Na szczęście wszystko poszło dobrze i ciężka robota urzeczywistniła się w tej oto wspaniałej płytce.

Na płycie zawarte są piosenki, które ju wcześniej znałam., np. "Let it snow", "Winter wonderland" oraz moja ulubiona piosenka z "Kevina", czyli "Rocking around the Christmastree". Ale odkryłam tez kilka nowych, np. "Drivig home for Christmas". Absolutnym hitem dla mnie jest "Little Drummer Boy". Troszkę bałam się o wykonanie "Silent night", ale też wyszło świetnie.
Covery są zrobione bardzo sympatycznie. Tak sympatycznie, że aż chce się przy nich tańczyć ;)


Bardzo podoba mi się opakowanie (?) płyty. Czerwono - szara okładka, prosta - kilka gwiazdek i śnieżynek. Ładny napis. Jasny i zarazem estetyczny przekaz - wiadomo kto, co i dlaczego. Nie ma czegoś co często można zaobserwować w dzisiejszym świecie, czyli brak (na szczęście!) przerostu formy nad treścią ani w oprawie płytki, ani w wykonaniu muzycznym.

Jest to gratka dla miłośników zespołu, jak i miłośników Elvisa. Fani świątecznych piosenek też ją polubią. Gorąco polecam.

The Baseballs, "Good ol'Christmas"
2012
10/10

sobota, 29 grudnia 2012

[102] Krzysztof Bielecki "Rekonstrukcja"

Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, 2012
Liczba stron: 222
Literatura polska
6/10

Krzysztof Bielecki to autor m. in. "Miasto to gra" oraz dosyć głośnego "Defektu pamięci", który podbił serca wielu z nas. 1. grudnia 2012 roku ukazała się kolejna książka - "Rekonstrukcja" będąca po trosze zbiorem opowiadań i jednocześnie powieścią projekcyjną. 
  
„John Johnson znika. Tak po prostu. A jego przyjaciel zaczyna go szukać i próbuje rozwikłać zagadkę nad wyraz tajemniczego zaginięcia. Cały czas pozostaje przy tym we wnętrzu pociągu, do którego wsiedli przecież razem. Tylko, że pociąg ten nie jest po prostu pociągiem. To maszyna, która służy do zupełnie innych celów. Wszyscy jej pasażerowie za czymś tęsknią i nie uwierzysz, co jest powodem przepełniającej ich nostalgii. »Rekonstrukcja« to opowiadanie, które będziesz musiał przeczytać bardzo, bardzo uważnie, jeśli zechcesz odkryć wszystkie jego niuanse.” 
 
„Psychologowie mawiają o testach projekcyjnych, niejednoznacznych obrazach i zdaniach, w których każdy może dostrzec coś innego, to, co sam chce zobaczyć. Na pewno kojarzysz plamy atramentowe i pytanie, co pan tu widzi. Jeśli chcesz zrozumieć istotę tej opowieści, spójrz na »Rekonstrukcję« jak na literacki test projekcyjny.”

Cóż... Chyba po raz pierwszy przy pisaniu recenzji, nie wiem co napisać. To było... dziwne. tak dziwne, że nie bardzo wiem co się dzieje w mojej głowie. Jedno jest pewne - od dosyć długiego czasu czegoś tak osobliwego nie miałam okazji czytać. Bo gdzie tu znaleźć takie wariackie twory? ;)

Książka, choć bardzo nietypowa, zaintrygowała mnie, więc nawet jeżeli czegoś nie załapałam albo coś mnie zdenerwowało to czytałam dalej, bo byłam ciekawa co się wydarzy i o co w zasadzie tu chodzi. I gdyby zrobić burzę mózgów w towarzystwie osób, które przeczytały "Rekonstrukcję" zapewne byłoby kilka ciekawych rozwiązań zagadki. Coś dokładnie jak w testach projekcyjnych - pokazują Ci kartkę z kleksem i pada pytanie co widzisz. Odpowiedzi mogą być różne, każdemu coś innego rzuci się w oczy. Tak jest i w tym przypadku.

W swoistym wstępie autor zwraca czytelnikowi uwagę na dowolną kolejność czytania opowiadań. Można zacząć od środka, od końca, jak kto woli. Ja czytałam klasycznie, po kolei, unikając "skakania" po kartach książki. Chyba najbardziej zrozumiałe i proste w odbiorze było opowiadanie "Białe kłamstwa", które moim zdaniem odbiegało nieco od reszty, choć z jakiś sposób było podobne. Natomiast przy "Czerwonych ustach" pogubiłam się zupełnie i przestałam ogarniać kto z kim i z czym. Ciekawe było również ostatnie, tytułowe opowiadanie "Rekonstrukcja". Interesująca była "pociągowa" historia Louisa Le Prince'a.

Słowem: intrygujące dziwności. Sami musicie zdecydować czy chcecie przeczytać tę książkę. Czytając ją trzeba ruszyć mózgiem i go nie wyłączać, bo można się pogubić. Język jest prosty, nie ma udziwnień językowych. Jednak to co się dzieje w tych opowiadaniach jest dosyć specyficzne i bardzo różne od "Defektu pamięci".

Za książkę dziękuję panu Krzysztofowi Bieleckiemu. ;)
__________

Szczęśliwego Nowego Roku!  Do zobaczenia w 2013 ;)

sobota, 15 grudnia 2012

[101] Treecards english. World and Travel. Fiszki obrazkowe.

Cztery głowy, 2012
nauka języków
10/10

Wydawnictwo Cztery głowy prezentuje nam nowość w swojej serii fiszek - fiszki obrazkowe. Czym są? Jak wyglądają? Czy da się z nich czegoś nauczyć?

Fiszki obrazkowe treecards to doskonała propozycja dla osób poszukujących skutecznego i przyjemnego sposobu nauki języka angielskiego. 
Przedstawionym na kolorowych kartach słówkom towarzyszą zapadające w pamięć zabawne ilustracje i przykładowe zdania, a liczne rebusy, testy i krzyżówki dbają o utrwalenie materiału.
Naukę poprawnej wymowy gwarantują nagrania mp3 z funkcją SPELL umożliwiającą wyświetlanie haseł na ekranie odtwarzacza. 

Od wspomnianego już wydawnictwa otrzymałam takie właśnie fiszki do zrecenzowania. Z oferty skorzystałam z dwóch powodów: primo - nigdy nie miałam styczności z fiszkami i metodą uczenia się z nich; secundo -  posiadanie takiego cudeńka może być przecież niezwykle użyteczne. 

W dzisiejszych czasach metoda uczenia się system obustronnie zapisanych karteczek jest co raz bardziej modna. Widzę to w szkole - na korytarzach można dostrzec uczniów z zapisanymi karteczkami z dłoniach. Jednak samodzielne robienie czegoś takiego jest raczej pracochłonne - trzeba pociąć kartkę, spisać słówka, potem przetłumaczyć ze słownikiem i podręcznikiem w dłoni. I trzeba uważać, żeby nie zaliczyć pomyłki, bo wtedy cała praca na nic. Może więc prościej byłoby skorzystać z takich oto gotowców jakie wydawnictwo przedstawia osobom uczącym się języka. 

Trafiłam na fiszki do angielskiego - nie lubię tego języka, uczenie się słówek na kartkówkę to dla mnie prawdziwa droga prze mękę. Wyobraźcie sobie teraz moje zdziwienie, gdy zobaczyłam jak szybko słówka i zwroty z fiszek opatrzonych ciekawym obrazkiem wchodzą mi do głowy! O niebo mniej pracy niż przy zakuwaniu słówek z podręcznika.
 
W paczce znalazłam również pudełko - treebox - organizujące naukę z obrazkowych kartoników. W pudełku była książeczka, która przedstawiła mi metodę uczenia się. Według Treelosophy (filozofia drzewa) nauka języka to drzewko. Z solidnym korzeniem (metoda nauki), mocnym pieniem (gramatyka) i tysiącami liści (czyli słówka, bez których ani rusz). Ale nasze drzewko, jak każdą roślinkę trzeba podlewać, czyli używać języka na co dzień - czytać książki, oglądać filmy, mejlować ze znajomymi zza granicy. Ta filozofia wydała mi się na tyle ciekawa, że od razu zabrałam się za naukę - zabawę z fiszkami.
Puzderko zawierało także karty in blanco w plastikowym pudełeczku, na których możemy wypisywać własne słówka.

Fiszki są niesamowite. Słówka plus przykłady ozdobione ładnym obrazkiem. Szczerze nie spodziewałam się jakiejś szałowej jakości - może dlatego, że nie miałam pojęcia o istnieniu tego wydawnictwa ;) Te fiszki zmieniły mój świat po prostu i planuje zaopatrzyć się w kolejne kartoniki, tyle że z innych języków. 

A propos - otrzymałam też katalog wydawnictwa na jesień 2012. To jest fenomenalne! Cztery głowy poza standardowymi językami typu angielski i niemiecki oferują nam troszkę egzotyki - japoński, włoski, szwedzki i kilka innych języków. Startery, słownictwo, czasowniki, klejki, ba nawet fiszki dla dzieci! Wszystko o różnym poziomie zaawansowania.

Gorąco polecam Wam fiszki obrazkowe z wydawnictwa Cztery głowy - solidne wykonanie, ciekawa metoda uczenia się, bogactwo słówek.
__________

Za fiszki dziękuję wydawnictwu Cztery głowy.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

[97] Stanisława Fleszarowa - Muskat "Lato nagich dziewcząt"

Edipresse Polska, 2012
Liczba stron: 349
Literatura polska
9/10

Stanisława Fleszarowa - Muskat to żyjąca w latach 1919 - 1989 polska powieściopisarka, poetka i dramaturg. Na jej różnorodny i szalenie bogaty dorobek literacki składa się ponad 700 utworów, z których wiele nie zostało opublikowanych. Tematami jej dzieł są przede wszystkim ludzie oraz ich problemy.

"Lato nagich dziewcząt" przenosi nas do Sopotu lat 50. trwa gorące lato, pachnące słońcem, plażą i olejkiem do opalania. Monciak tętni życiem - rządzi nim barwny tłum spragniony kawiarnianych romansów i klubowych przygód. Grzegorz, znany rzeźbiarz właśnie przyjechał tutaj w poszukiwaniu natchnienia i modeli do swoich prac. Otoczony kobietami, które zabiegają o jego względy i uczucia, walcząc o chwilę uniesienia, odnajdzie wreszcie miłość. Odbędzie się to jednak w zaskakujących okolicznościach...

Książkę zakupiłam w kiosku jakoś w okolicach marca tego roku. W sumie nawet nie wiem, dlaczego ją kupiłam. Po prostu. Ale jestem zadowolona z tego zakupu. Może moją uwagę przykuło nazwisko, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Może fakt, że jest to ksiażka polskiej pisarki. A może dlatego, ze pociąga mnie Polska lat zdecydowanie ubiegłych. A już na sto procent przekonał mnie fakt, że wszsytko dzieje się w upalne lato nad polskim morzem...

Obawiałam się jednego - tego, że główny bohater, Grzegorz Bień, okaże się wkurzającym czytelnika osobnikiem, którego nie sposób polubić. Przeżyłam jednak miłe zaskoczenie, gdyż okazało się, że to całkiem sympatyczny facet. W dodatku jest miłośnikiem zwierząt i ma psa - kochanego wodołaza o wdzięcznym imieniu Gwóźdź. W Sopocie, jednym z najbardziej "zapchanych" polskich kurortów, znajduje to czego szukał, a może nawet i więcej niż szukał. Z niemal czwórką obcych młodych ludzi stopniowo zaprzyjaźnia się, a jedno intrygujące spotkanie z Anną zamienia się w głębsze uczucie. Czegóż chcieć więcej?

Ta czwórka ludzi, o której już wspomniałam to Kamyk, Marek, Ulka i Be. Dwoje chłopców, dwoje dziewcząt, chyba wszystko jasne i oczywiste. Ale, ale. Skupmy się na każdym z osobna. Kamyk to przystojny aktor z Krakowa, który przebiera w dziewczynach. Marek to cichy i spokojny chłopak, student Politechniki, zafascynowany literaturą. Ulka to wesoła, acz nieco kapryśna dziewczyna (momentami strasznie mnie denerwowała), szuka bogatego męża. Be, wręcz przeciwnie, kasy nie potrzebuje, gdyż bogaty ojciec daje jej to o co poprosi, ale szuka wrażeń i swoją urodą bałamuci kolejnych adoratorów. Mieszanka zaiste wybuchowa, więc możecie sobie wyobrazić jakich wrażeń dostarczali czytelnikowi. 

Anna. Tajemnicza Anna pojawia się mniej - więcej w połowie książki. Sama wychowuje córkę, ciężko pracuje, stara się jak może, by zapewnić sobie i dziecku godny byt. Co ciekawe - jest sympatyczna i stara się czerpać radość z życia. W książce padają słowa, mówiące o tym, że mentalnie jest młodsza od swojej córki. I z tym się zgadzam - zdecydowanie więcej było w niej chęci poznawania, radości i pogody ducha niż w córce. Anna to postać, która niemal bez wysiłku zdobywa sympatię czytelnika.

 Zdaje się, że bardziej oczywistej i zaraz nudnej książki być nie może. A jednak, pozory mylą, gdyż książka w swej oczywistości nudna nie jest! Pisarka ubrała wszystko w barwny, a jednocześnie prosty i przystępny język. Owo zawieranie przyjaźni i miłości jest zapakowane w pudełko z prawdziwie wakacyjnymi przygodami - skakanie do morza z molo, romantyczny wyjazd za miasto, a tu nagle samochód protestuje i nie chce dalej jechać, dziwne rozmowy, niedomówienia, małe kłamstewka, rozterki, bary, knajpy, hotele, zaginięcia i poszukiwania... Każdy znajdzie coś dla siebie.

Stanisława Fleszarowa - Muskat stworzyła powieść dla kobiet. Nie tylko dla kobiet pamiętających tamte czasy, także dla ich młodszych koleżanek oraz młodych dziewcząt. Miłość, przyjaźń, lato, wakacje - to rzeczy, które nigdy się nie zmieniają i niezależnie od ustroju czy przemijających lat są przeżywane tak samo przez kolejne pokolenia. 

Polecam Wam tę książkę na lato, aby móc przenieść się z własnego domu to tego tętniącego życiem Sopotu lat minionych, ale też polecam na zimę - siedząc pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty w ręce będziecie żyć wakacjami bohaterów, a także wspominać swoje własne ;)

środa, 28 marca 2012

[91] Krzysztof Bielecki "Defekt pamięci"

Książka wydana własnym nakładem w ramach
Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
2012
Liczba stron: 154
Literatura polska
8/10

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek i wbrew pozom "Defekt pamięci" nie jest jego debiutem. Wcześniej napisał "Miasto to gra", "Raz na kilkaset lat" oraz "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo".

Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę? Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem. Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą. Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku. "Defekt pamięci" to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.

Książkę pożyczyłam od Meme, która ksiązkę sobie bardzo chwaliła. W sumie chciałam ją przeczytać nie ze względu na litanię pozytywów, jaką wylała z siebie Meme, ale na niewielką objętość książki. Potrzebowałam czegoś niedużego i szybkiego. Dostałam to, co chciałam z dodatkiem jakim była świetna zabawa.
Przyznam się szczerze, ze mam taki brzydki zwyczaj czytania końcówki książki. przeczytałam fragment ostatniego rozdziału i sądziłam, że wiem jakie jest zakończenie i, że nic a nic mnie nie zaskoczy. Autor pokazał mi, jak bardzo, ale to bardzo się myliłam. W tej książce NICZEGO nie można być pewnym.
Kool Autobee jest z pewnością ciekawą postacią. Nienawidzi czytania i wszelkiej literatury. Kocha swoja pracę w biurze i zapach tonera, co w sumie jest jego jakby narkotykiem. Lubi to co go otacza i nie potrzeba mu więcej. Chociaż przydałby się remont kuchni... I tu historia się rozkręca. Kool staje się jednym z Piszących wbrew swojej woli. Za wszelką cenę chce wrócić do swojego poprzedniego życia, do życia, które spokojnie się toczyło nim zaczął pisać, a jego życie zaczął napędzać Motywator.
Przewijają się tutaj głównie postacie Piszących. Albo postacie stworzone przez Piszących. W sumie to nie wiadomo kto jest kim i niezwykle łatwo jest się w tym wszystkim zaplątać ;)
Gdzieś na kilka rozdziałów przed końcem, co jakiś czas, pojawia się niepokojące, generalnie nieistotne zdanie mówiące o więzieniu ludzi w banku przez jakiegoś człowieka. To zdanko strasznie się wcina w bieżące zdarzenia. Ale jak widać autor miał w tym swój (mroczny) cel... ;)
"Defekt pamięci" to książka nieprzeciętna. Kiedy w pewnie sobotni poranek skończyłam czytanie tejże książki od razu chwyciłam za komórkę i posłałam SMS do Meme o mniej-więcej takiej treści:
"Trzeba mieć łeb jak sklep (a nawet jak hipermarket), żeby napisać tak zwichrowaną (w
pozytywnym sensie) ksiązkę. Pełen odlot."

Gorąco polecam Wam tę pozycję. Ona z pewnością ożywi Wam dzień i będzie się gorączkowo zastanawiając o co tu właściwie chodzi i czy autor nie robi nas w balona. Koniecznie przeczytajcie, bo jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie czytelnicze ;)