"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

[160] Ewa Nowak "Dwie Marysie"

Egmont, 2014
Liczba stron: 320
Literatura polska
10/10

Ewa Nowak pisze dla dzieci i młodzieży. Jej książki dotyczą życia tu i teraz, w Polsce. Sięga do problemów, zmartwień i radości, z którymi każdy styka się na co dzień . Współpracuje też z czasopismami takimi jak np. "Cogito".

Marysię Gwidosz zaczyna denerwować jej harmonijna dotychczas rodzina - kochający rodzice i młodsza siostra, a także najlepsza przyjaciółka Natalia. Na dodatek nastolatka ulega niesamowitej fascynacji młodym mężczyzną, którego widziała zaledwie przez chwilę...

"Nic się nie stało! Po prostu nie mogę uwierzyć w to, co się wokół mnie dzieje. Czy świat się kręci wyłącznie wokół facetów? Tu facet, tam facet. Nie ma innych spraw, rzeczy, wartości. A może ja nie mam ochoty na facetów?"

czwartek, 5 marca 2015

[156] Jadwiga Korczakowska "Bułeczka"

Nasza Księgarnia, 2012
Liczba stron: 120
Literatura polska
10/10

 Jadwiga Korczakowska to polska pisarka, autorka wierszy, opowiadań i książek dla dzieci. Zadebiutowała jeszcze przed wojną. Zmarła w 1994 roku mając 88 lat.

Opowieść o dwóch dziewczynkach wychowanych w różnych środowiskach, o ich poznawaniu się, docieraniu, a w końcu przyjaźni. Dziunia to rozpieszczona, rozkapryszona jedynaczka, która mieszka w mieście. Bułeczka pochodzi ze wsi, jest sierotą wychowywaną przez krewną. Na jej twarzy zawsze gości jednak uśmiech. Pewnego dnia dziewczynka ma zamieszkać z Dziunią. Początki są trudne...

środa, 11 lutego 2015

[154] Gayle Forman "Jeśli zostanę"

If I stay
Nasza Księgarnia, 2010
Liczba stron: 248
Literatura amerykańska
10/10

Gayle Forman to amerykańska pisarka. W Polsce ukazała się jej powieść - "Jeśli zostanę", a niedawno  również jej kontynuacja. We wrześniu ubiegłego roku do polskich kin weszła ekranizacja powieści.

Po tragicznym wypadku, w którym zginęli jej najbliżsi, Mia trwa w stanie dziwnego zawieszenia. Musi podjąć decyzję, czy walczyć o odzyskanie przytomności, czy też poddać się i umrzeć. Próbując rozstrzygnąć ten dylemat, wspomina dotychczasowe życie. Poruszająca książka o dającej wsparcie rodzinie, przyjaźni, samotności i znajdowaniu swego miejsca na ziemi, o umiejętności żegnania się z przeszłością i przyjmowania tego, co nadchodzi. „Jeśli zostanę” opowiada o potędze miłości i wyborach, których każdy z nas musi dokonać.

 "Chciałabym jej powiedzieć, że czasami nie ma się wyboru."

Książka w Polsce po raz pierwszy ukazała się w 2010 roku, a jej wznowienie we wrześniu. Osobiście twierdzę, że nowy tytuł, jak również tytuł filmowy oraz nowa okładka to mały koszmarek. Nie cierpię okładek filmowych, bo kojarzą mi się z komercją i dodatkową reklamą. I ktoś poleciał po tłumaczeniu (czyżby znów zabieg marketingowy?) i pojawiło się "Zostań, jeśli kochasz". Dobra, wiecie, co o tym myślę, zatem przejdę do meritum.

Na powieść rzuciłam się jak wygłodniała bestia. Fabuła wyglądała na ciekawą, więc miałam dość sprecyzowane oczekiwania. Na całe szczęście nie zawiodłam się na tej książce, rzec można nawet, że jestem szalenie zadowolona, bo przy tej lekturze dobrze i miło spędziłam czas. Powieść tę połknęłam (niemal) w dwa popołudnia. Kartki jakby same się przewracały, literaki jakby szybciej po sobie następowały. Co ciekawe - chwyciłam za tę książkę zanim jeszcze ją zekranizowano, wznowiono i w rekordowym tempie przetłumaczono jej kontynuację, która ukazała się pod tytułem "Wróć, jeśli pamiętasz".

Niezmiernie podobały mi się płynne retrospekcje, które zastosowała autorka. Nie odczuwałam drastycznego oderwania od trzonu głównego, czyli od sali szpitalnej, bo Gayle Forman delikatnie wprowadzała wspomnienia Mii. To pozwoliło poznać mi jako czytelnikowi życie dziewczyny, które toczyło się przed wypadkiem - jej rodzinę, pasję, miłość. Urzekło mnie wyjątkowe hobby bohaterki - granie na wiolonczeli. Moim zdaniem te wspomnienia są też swoistą "listą za i przeciw", która zadecyduje, czy Mia odejdzie czy zechce zostać przy życiu. Prawdę mówiąc do samego końca zastanawiałam się jakiego wyboru dokona dziewczyna, a jest to wybór dramatyczny i bolesny, nie tylko dla niej. Natomiast jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, to na uwagę zasługuje także chłopak Mii oraz jej przyjaciółka. Oboje odrywają w jej życiu bardzo ważne role, o czym przekonają nas wspomnienia głównej postaci powieści.

Zakończenie było... bardzo ciekawie zrobione. Dla mnie w jakiś sposób niespodziewane, choć myślę, że czytelnik mniej bujający w obłokach wpadnie na pomysł zakończenia tejże książki.

Film być może obejrzę, natomiast z pewnością i zainteresowaniem sięgnę po kontynuację. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze nie czytał tej powieści, to zachęcam, bo można spędzić z nią ciekawe i nienudne popołudnie lub wieczór.

piątek, 19 grudnia 2014

[153] Kazimierz Moczarski "Rozmowy z katem"

Wydawnictwo Naukowe PWN, 1992
Liczba stron: 416
Literatura polska
10/10

Kazimierz Moczarski był dziennikarzem, pisarzem oraz żołnierzem Armii Krajowej w stopniu kapitana. W czasie II Wojny Światowej walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie został oskarżony przez nowe socjalistyczne władze, 11 lat spędził w więzieniu. Od 2 marca do 11 listopada 1949 roku przebywał w więzieniu na warszawskim Mokotowie. Jego więziennymi towarzyszami okazali się być Niemcy: SS – Untersturmfürer Gustaw Schielke oraz Jürgen Stroop, generał dowodzący likwidacją warszawskiego getta w 1943 r. Te kilka miesięcy to istotny okres w życiu Moczarskiego, bowiem wrócił po latach w postaci, silnych, plastycznych i wyraźnych wspomnień, które znalazły swe ujście na kartach niniejszej książki.

K. Moczarski
W celi mokotowskiego więzienia, między AK – owcem, niemieckim żołnierzem i generałem, toczą się tytułowe rozmowy z katem. Ta książka to historia Stroopa, którą opowiedział on sam, a spisał ją Kazimierz Moczarski. Generał chętnie opowiadał o sobie - od dzieciństwa począwszy, przez udział w I Wojnie Światowej, działalność międzywojenną po szczególnie ważny okres II Wojny Światowej. To istotny czas dla generała, wspina się po szczeblach hitlerowskiej kariery, jest bardzo aktywny, stara się maksymalnie wykorzystywać dane mu możliwości.

Poruszone zostają również bolesne tematy w historii Polski. Książka zawiera szczegółową relację działań hitlerowców, pod dowództwem Jürgena Stroopa, w czasie powstanie w getcie warszawskim. Generał w bardzo dokładny sposób opisuje okres likwidacji getta - okrutnego ludobójstwa. Mężczyzna nawet w celi jest oddany nazistowskiej ideologii, nie czuje skruchy - wszystko to zaprowadzi go na szafot.

Moczarski zwraca uwagę na to, że Stroop to człowiek mający krwawy udział w historii Polski, a udziału tego wymazać się nie da. Autor w przystępny sposób, językiem niezwykle estetycznym, ale plastycznym, opisał swe rozmowy ze zbrodniarzem. Nie zapomniał o zakończeniu tej historii - dotarł do informacji o śmierci niemieckiego generała.


Nie jest to powieść czy podrasowana historia inspirowana faktami, ale książka o charakterze reportażowo - wspomnieniowym. „Rozmowy z katem” powoli stają się książką zapomnianą, choć przecież to tekst bardzo wartościowy, przypominający zbrodnie wojenne. Lektura obowiązkowa.

niedziela, 14 grudnia 2014

[152] Marianna Bończa Stuhr, Jerzy Stuhr "Kto tam zerka na Kacperka?"

 Literackie, 2014
Liczba stron: 84
Literatura polska
10/10

Jerzy Stuhr to wybitna postać polskiego kina i teatru, jest także profesorem. Natomiast Marianna, córka Pana Jerzego, to artystka - malarka, jak również ilustratorka niniejszej książeczki dla dzieci.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby Jerzy Stuhr opowiadał Waszym dzieciom bajki na dobranoc. Kiedy Marianna i Maciej byli mali, tato wymyślał im historie o przygodach małego chłopca Kacperka. Dziś te opowieści bawią i uczą następne pokolenie rodziny Stuhrów. Mogą rozbawić i Was!
Pani w szkole pyta Kacperka, gdzie mieszkają książki. Chłopiec nie wie i dopiero w domu mama mówi mu, że chodzi o bibliotekę. Obiecuje, że niedługo się tam wybiorą. Biblioteka robi ogromne wrażenie. Podekscytowany Kacperek przegląda książki, ale okazuje się, że brakuje w nich stron. Ktoś je… zjada! Bystry chłopiec szybko odkrywa winowajczynię – myszkę Fiszkę, która zostaje jego przewodniczką po
fascynującym świecie najpiękniejszych wierszy dla dzieci.
Wnętrze książki. Źródło

Choć mam dziewiętnaście lat uwielbiam bajki, wierszyki, książeczki stworzone z myślą o dzieciach. Sądzę nawet, że dla wielu rodziców czytanie dzieciakom jest jedynie pretekstem, bo sami z przyjemnością sięgają, bo zabawne wierszyki i historyjki wspaniale ilustrowane. Dla mnie czytanie książki Pana Jerzego i Marianny było niezwykłą przyjemnością, a także okazją do zwykłej dziecięcej radości na widok znajomych, ulubionych wierszyków.

Pewnego dnia mama zabrała Kacperka do biblioteki. Chłopcu spodobały się książki, spotkał też tam myszkę Fiszkę - zjadaczkę książek. Dzięki małej myszce Kacperek oraz wszystkie dzieci, które zetkną się z tą historyjką, będą mogły poznać piękne polskie wiersze napisane z myślą o najmłodszych odbiorcach literatury. W książce znalazły się wiersze Jana Brzechwy, Wandy Chotomskiej, Aleksandra Fredry, Anny Kamieńskiej, Ludwika Jerzego Kerna, Marii Konopnickiej, Tadeusza Kraszewskiego, Magdaleny Samozwaniec, Tadeusza Śliwiaka, Juliana Tuwima, Danuty Wawiłow i Natalii Usenko. Są to sympatyczne i znane wierszyki, lubiane przez Polaków. Wspaniale, że kolejne pokolenie polskich maluchów może poznawać te teksty (tak przecież istotne w naszej literaturze), a starsze pokolenia mogą dzięki temu wrócić pamięcią do lat dzieciństwa. Ja sama chętnie chwytam za zbiory wierszy dla dzieci, których mam w domu pełno. Stuhrowie będą bardzo dobrze komponować się na półce wśród moich pozostałych dziecięcych zbiorów.

Książka o Kacperku jest przepięknie ilustrowana. Gratka dla każdego dziecka, maluszki znajdą coś dla siebie. Oprócz obrazków przedstawiających Kacpra i myszkę Fiszkę jest sporo zwierzątek. Jest estetycznie, kolorowo, interesująco. Publikacja jest też wystarczająco duża (ale nie ogromniasta), wszystko ładnie widać. Obrazki i tekst dobrze ze sobą współgrają.

Zarówno dzieci jak i rodzice będą zadowoleni, mając tę książeczkę w domu. Czas spędzony z tą historyjką to dobra zabawa - zachęcam wszystkich, małych i dużych do poznania tej publikacji.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Literackie.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

[144] Sue Monk Kidd "Czarne skrzydła"

The Invention of Wings
Literackie, 2014
PREMIERA:  25 WRZEŚNIA 2014
Liczba stron: 485
Literatura amerykańska
10/10

Sue Monk Kidd to amerykańska pisarka, choć dwadzieścia lat przepracowała jako pielęgniarka. "Czarne skrzydła" to trzecia powieść pisarki przetłumaczona na język polski. Wcześniej na polskim rynku wydawniczym ukazało się "Sekretne życie pszczół" oraz "Opactwo świętego grzechu".

Sarah Grimké jest środkową córką sędziego sądu najwyższego Karoliny Południowej, plantatora zaliczanego do elity Charlestone. Matka nazywa ją odmienną, ojciec twierdzi, że jest wyjątkowa. Na swoje 11 urodziny dostaje niecodzienny prezent - wyciągniętą z czworaków i obwiązaną lawendowymi wstążkami czarnoskórą Hetty, zwaną Szelmą. Sarah nie chce "takiego prezentu", czuje, że drugiego człowieka nie można posiadać... To dopiero początek jej problemów. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wspaniała powieść, która prowadzi nas w głąb do korzeni stanów południowych Ameryki, ukazując świat szokujących kontrastów, gdzie piękno współistnieje z brzydotą, a prawość towarzyszy na co dzień okrucieństwu. To nowe spojrzenie na problem niewolnictwa, niezwykła pochwała siły przyjaźni i siostrzanej miłości, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, świadectwo walki o wolność i prawo do głosu.

Wzięłam tę powieść w ciemno, nie patrząc na opis książki, ilość stron i nie bacząc na ilość mojego wolnego czasu. Była to dobra, właściwa decyzja, bowiem "Czarne skrzydła" to Kidd w najlepszym wydaniu. Pokochałam jej "Sekretne życie pszczół", często wracam do cytatów z tej książki, chętnie też sięgam po wydanie filmowe. Rynkowa nowość Kidd jest równie fenomenalna, wciągająca. Przyciąga uwagę czytelnika od pierwszego zdania, a z każdym kolejnym jest już tylko lepiej i ciekawiej. W książce autorka zastosowała podwójną perspektywę - raz jest rozdział opowiadany przez Szelmę, raz przez Sarę. Niewątpliwie jest to plusem, pozwala w bardziej interesujący sposób przedstawić całą historię oraz spotęgować elementy autentyczne. 

"Mauma odnalazła w sobie jednak tę siłę, która nie pozwala zginać karku. Gdy człowiek raz to zrobi, czekają go kłopoty."

Pokochałam Sarę, ciekawiły mnie jej koleje losu. Splatały się one z losami niewolnicy Hetty a także z życiem siostry Niny Grimke. Porywy serca, intrygi, kłótnie, ból, cierpienie, poszukiwanie siebie, celu i sensu życia, grzebanie i spełnianie marzeń - to wiodące motywy w powieści. Choć Hetty jest postacią fikcyjną, sądzę, że jej losy są losami wielu niewolników. Sara natomiast została delikatnie wymazana z historii Stanów, a ta powieść ma przywrócić ją do życia. Myślę, że "Czarne skrzydła" robią to w bardzo skuteczny sposób. Sara i jej siostra Nina walczyły nie tylko o ulżenie niewolnikom i zniesienie niewolnictwa, ale także o prawa kobiet. Wywołały burzę w swoim kraju, a ich życie obfitowało w różnorakie perypetie.

"Róbcie to, co uważacie za konieczne, cenzurujcie nas, wycofajcie swoje poparcie, my i tak nie ustaniemy. A teraz, panowie, bądźcie tak łaskawi i zdejmijcie stopy z naszych karków."

Szczególnie Sara stała mi się bliską postacią, żal było mi się z nią rozstawać. Przyznam Wam, że po ostatnim zdaniu byłam nie tylko zawiedziona, że to już koniec, ale towarzyszy mi też poczucie, że ta historia jest niedokończona, niedopowiedziana. Zwłaszcza po zapoznaniu się z częścią "Od Autorki" równie ciekawą jak sama powieść. Polecam Wam przeczytać to dwukrotnie - przed rozpoczęciem czytania powieści i już po zakończeniu. Daje to pełniejszy obraz całości tekstu.

Sue Monk Kidd snuje piękną opowieść o sile kobiet. Dzięki tej książce zapominałam o całym świecie, dałam się porwać Ameryce początku XIX wieku. Mam nadzieję, że jeszcze nie jedna osoba skusi się na tę powieść, bo warto. Czas spędzony z tą książką nie jest czasem straconym. Gwarantuję, że nie będziecie mogli oderwać się od tej historii o dwóch niezwykłych kobietach. Gorąco polecam.

* cytaty kolejno ze stron: 94, 440

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackie.

środa, 4 czerwca 2014

[135] Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu"

God never Blinks. 50 Lessons for Life's Little Detours
Insignis, 2012
Liczba stron: 320
Literatura amerykańska
10/10

Regina Brett to felietonistka pracująca dla dziennika "Plain Dealer" w Cleveland. Felietony pisze od 1994 roku. Jej teksty zostały wyróżnione różnorakimi nagrodami. Została finalistką Nagrody Pulitzera, zdobyła także National Headliner Award. "Bóg nigdy nie mruga" to jej pierwsza książka. Na polskim rynki wydawniczym ukazał się także drugi to felietonów "Jesteś cudem".

Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów i prostych sentencji. Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach. Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.

Zbiór felietonów Reginy Brett znalazł się na mojej półce drogą szkolnego wyróżnienia. W moim liceum uczniowie sami wybierają sobie nagrody z określonej puli książek. W tym ostatnim licealnym roku najbardziej zainteresowały mnie właśnie krótkie formy pani Brett. Choć nie zupełnie przekonana, zgarnęłam lekturę ze stolika. Jak się okazało całkiem niedawno - z tymi felietonami spędziłam bardzo miłe chwile. 

W życiu spotykają nas różne sytuacje. Często biorą nas z zaskoczenia. Ktoś choruje na raka, kogoś rzuciła ukochana osoba, ktoś stracił pracę, a ktoś inny dowiaduje się, że za kilka miesięcy zostanie rodzicem. To momenty trudne, niespodziewane, które wymagają przeorganizowania dotychczasowego sposobu życia. Tylko... jak to zrobić, żeby nie zwariować i się nie załamać? 

Autorka felietonów przy pomocy własnych kolei życia pokazuje, ze życia nie należy traktować jak balast. Przecież mimo trudnych chwil, kiedy to życie rzuca człowiekowi kłody pod nogi, to jest ono piękne. Sama twierdzę, że te chwile smutku, łez, wątpliwości nadają większej wartości tym dniom pełnym słońca i radości. Czy śmiech miałby sens, gdybyśmy nie znali tych kilku spływających kropel po policzku? Ale, ale. Felietonistka pisze nie tylko o trudnościach życia. Porusza też tak codzienne tematy jak oszczędzanie, walczenie o swoje pasje, troska o najbliższych, miłość do drugiego człowieka, akceptacja samego siebie oraz wiara (niezależnie od religii).

Te teksty mocną budują czytelnika. Przywracają nadzieję, powodują uśmiech na twarzy, czasem łza się w oku kręci. Kilkustronicowe felietony poruszają struny w duszy, które są głęboko schowane, te, o których istnieniu czasem się zapomina. Gdy je czytałam wybuchałam śmiechem, bo nagle kojarzyły mi się rzeczy dla mnie osobiste, odkrywałam je na nowo. Niektóre słowa wywoływały we mnie wzruszenie i sentyment. Bardzo fajna konstrukcja spisu treści pozwoliła mi na zaznaczenie ołówkiem najważniejszych dla mnie tekstów, które powinnam sobie wziąć do serca, do których powinnam wracać w chwilach zwątpienia. Ponadto w książce zaznaczyłam sobie ponad 20 cytatów.

Najważniejsze to czytać tę książkę ze spokojem, powoli, ze zrozumieniem i delikatnym uśmiechem szczerej sympatii na ustach. Ten zbiór felietonów to pozycja o wyjątkowej wartości. Pozwala odkryć świat, życie i siebie na nowo, zaobserwować pewne sytuacje w nowym świetle. Chociaż tak trochę się zastanawiam... Czy to na pewno 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu? A może 50, czasem ekstremalnych, życiowych przygód? Zgodnie z filozofią autorki w każdej trudnej chwili należy odnaleźć coś pozytywnego, coś dobrego. Takie momenty hartują nasze serca i dusze, pomagają zdobywać doświadczenie i po prostu ŻYĆ. 

Ciężko mi recenzować tę książkę, gdyż jest ona jednym z najbardziej osobistych przeżyć w ostatnim czasie, zwłaszcza przeżyć literackich. To była moja osobista intymna rozmowa z samą sobą, z pasjami, planami, marzeniami, tęsknotami. To też mój kontakt z Bogiem, który zawsze patrzy i wszystkiego pilnuje, ponieważ nigdy, przenigdy nie mruga i niczego nie przegapia.

Jestem zachwycona tymi tekstami napisanymi z miłością i humorem. Całym sercem oddałam się tej książce, a ona oddała się mnie. Mam wrażenie, że ona jest o mnie, dla mnie, a zarazem jest dla całego świata. Najchętniej kazałabym przeczytać tę książkę wszystkim, niezależnie od preferencji czytelniczych. Koniecznie pożyczę ją z radującą się duszą mamie, siostrze, przyjaciółce i chłopakowi. Niech odkrywają nowe lądy życia. 

Gorąco Wam polecam książkę pt. "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett. To tyle ode mnie. 

"Co miałam zrobić ze swoim życiem? Przyszłość mnie przytłaczała. Aż pewnego dnia przyjaciółka z terapii poradziła mi: po prostu zrób następny, właściwy krok. 
To wszystko?"

"To wybór, a nie przypadek decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens. Nikt inny nie dysponuje tym, co ty - twoim zestawem talentów, pomysłów, zainteresowań. Jesteś oryginalnym egzemplarzem. Arcydziełem."

Cytaty pochodzą z książki "Bóg nigdy nie mruga" kolejno strony: 25, 89.

sobota, 31 maja 2014

[134] Maria Rodziewiczówna "Między ustami a brzegiem pucharu"

Świat Książki, 2013
Liczba stron: 236
Literatura polska
10/10

Maria Rodziewiczówna to wybitna przedwojenna pisarka. Zaczynała od publikacji opowiadań w prasie, a debiutem powieściowym okazał się być "Straszny dziadunio" (1887). Po śmierci ojca w 1881 przejęła kontrolę nad rodzinnym majątkiem Hruszów i obcięła włosy na krótko. Zmarła w listopadzie 1944 roku po przebytym zapaleniu płuc. Jedna z najpoczytniejszych pisarek ma na swoim koncie takie powieści jak "Dewajtis", "Macierz", "Lato leśnych ludzi" i wiele, wiele innych. 

Młoda szlachcianka Jadwiga jest zaręczona, fakt ten nie ma jednak znaczenia dla zakochanego w niej pruskiego hrabiego Wenzla Croy - Dulmen. Zdesperowany mężczyzna wszelkimi sposobami stara się podbić serce pięknej Jadwigi. Na przeszkodzie stoi nie tylko narzeczony panny, lecz także niewygodne pochodzenia...

Maria Rodziewiczówna
Dobra, powiem szczerze, że wszystko zaczęło się od filmu o tym tytule, luźno zrealizowanym na podstawie powieści Rodziewiczówny. Pewnie gdyby nie ten film Rodziewiczówna jawiłaby mi się jako pisarka zwykłych tandet, których w dodatku nie da się czytać. W filmie się zakochałam, więc gdy zobaczyłam w księgarni tę powieść i to w cenie 12,90 chwyciłam ją i łaziłam z nią po całym sklepie oglądając inne półki (żeby czasem ktoś mi tego jedynego egzemplarza nie zwinął). A i wydanie piękne - twarda oprawa, prześliczny papier, druk ładny. Okładka też bardzo mi się podoba. No i jak nie kupić? Zatem przejdźmy do meritum - jeśli ktoś twierdzi, że Maria Rodziewiczówna jest pisarką bezwartościową, która napisała w swym życiu płytkie romansidła na poziomie kioskowych harlequinów niech mi najpierw udowodni, że czytał jakąkolwiek jej powieść. 

Opis książki zbyt wiele nie mówi, na pierwszy rzut oka romansik jakich wiele. Jednak co ciekawe, większość historii pisana jest w perspektywie hrabiego, który zwyczajnie liczy na tajemny romans z piękną kobietą. Nie wie kim jest panna, jak się nazywa, skąd pochodzi, szuka jej po Berlinie, perypetie rzucają go nawet nad Ren. Nie ma co - z Wenzla jest kawał łobuza, bo tu romansik z tą, tu z tamtą, i jeszcze inną, bale i hulanki do rana. 

"Był hulaką wielkoświatowym, pełnym form i delikatności: pod maską króla salonów krył się cynik bez żadnych zasad, nie szanujący nikogo i niczego, lekceważący świat cały, dumny swą potęgą i magnetycznym urokiem."
Kiedy jednak dociera za nieznajomą panną na tereny zaboru pruskiego pod Poznań doświadcza czegoś zupełnie nowego. Jest w miejscu tak innym od zepsutego Berlina. Bawiły mnie i bardzo podobały mi się te opisy mojego regionu, one są niczym charakterystyka dzikiego, egzotycznego regionu z drugiego końca świata. To niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza interesująco opisuje Polskę ciotka głównego bohatera: 

"Oczarowali go w Polsce. To kraj wpółdziki. Mają tam gusła, rzucają uroki, dają pić zioła jakieś! Słyszałam o tym od poważnych ludzi. Czarna magia, szatańskie sprawki! Szatan opętał biednego Ralfa! Przeczuwałam nieszczęście! Spełniło się! Ty pokutujesz! Ach, te Polki!"

Wenzel jednak nie boi się niczego (no jak to, on, który ma wszystkie kobiety na zawołanie, on, który ma przyjaciół ile młodzieży w Berlinie?), rusza pod Poznań do... swej rodziny i jednocześnie w dalszym poszukiwaniu pięknej panny. W Mariampolu styka się z gwarą:

"Zaborcy skaleczyli mowę miejscową, a nie nauczyli swojej - z tego stworzył się żargon, którego ani rodowity Niemiec, ani Polak z innych stron nie potrafiłby zrozumieć. Był to bigos słowiańsko - germański, przeraźliwy."

Poznaje też nowych ludzi, którzy staną się motorem przemian w jego życiu, lecz w chwili gdy jest tam po raz pierwszy, zniechęcony i zaciekawiony zarazem, nie rozumie wszystkiego.  

"Dziwny ten kraj, gdzie młodzież była tak cicha, skupiona w sobie, milcząca, a starzy przy siwych włosach zachowali gorące uczucia, zapał i siłę. Dziwny kraj, dziwni ludzie!"

Bardzo duża część powieści rozgrywa się w oparciu o głównego bohatera, o czym już wspomniałam. Ważna jest Jadwiga, gdyby nie jej upór, piękno i cięty język, jest powodem działań Wenzla. To z powodu miłości do niej mężczyzna się zmienia, chce zasłużyć na miłość tej dziewczyny, czeka do wiele pracy nad sobą. To nie jest łatwe, zerwanie z tamtym berlińskim życiem, zmierzenie się z kłodami, które wciąż los rzuca mu pod nogi. Walka o miłość, którą trzeba zdobyć ciężką pracą, szczerością uczuć oraz zaakceptowaniem swojego pochodzenia nie będzie fraszką - igraszką zwłaszcza, że cicha, małomówna Jadwiga to bardzo wymagający obiekt westchnień. Działający cuda nota bene.

Polubiłam bohaterów powieści, tych pozytywnych oczywiście. Nie chciałam się rozstawać z Wenzlem, Jadwigą, Janem, panią Teklą, Cesią. Są dowodami na istnienie prawdziwej przyjaźni, głębokich więzi rodzinnych, szczerej i oddanej miłości. Polacy, którzy kochają swój kraj choć oficjalnie go nie ma, dbają o tę ziemię, o język, o związki w swej społeczności, nie dają się zniemczyć i skrzywdzić pięknej polskiej kultury. Od nich uczy się nie tylko główny bohater, ale i czytelnik. A, i bardzo ciekawe jest to, że kobieta jest jak bogini, stoi na piedestale - jej rządzić a mężczyźnie słuchać. 

"Taki u nas zwyczaj. Kobieta zawsze przewodzi: nie matka, to siostra; nie siostra, to żona. Dlatego one takie harde i nieprzystępne: czują swą siłę. I ja sam nie przeczę, że siostra rozumniejsza ode mnie. Czemuż mam jej nie słuchać?"

Nie wiem, dlaczego wcześniej nigdy nie sięgnęłam po powieść tej autorki. Okazało się, że mam w domu jeszcze dwie jej książki (i to nie od dziś), obie zamierzam przeczytać, bo wiem, że warto. Maria Rodziewiczówna w "Między ustami a brzegiem pucharu" pisze o miłości i oddaniu, lecz w zupełnie inny sposób niż powielające się pisarki współczesne. Sama sceptycznie podchodzę do głośnych współczesnych pisarek polskich, wolę sięgnąć po starszą literaturę.

Zresztą jest to nie tylko historia miłosna obfitująca w przeróżnie bariery i zwroty akcji, ale też piękny rys historyczny, obraz Polaków pod zaborem pruskim. Powieść zawiera w sobie też fascynującą analizę kultury, którą ze zdziwieniem obserwuje Niemiec. Zachęcam Was do przeczytania tej powieści. Jeśli nie jesteście pewni spróbujcie chociaż, bo jak mawiają bohaterowie tej książki - "miedzy ustami a brzegiem pucharu wiele jeszcze zdarzyć się może".
* cytaty pochodzą kolejno ze stron: 17, 21, 51, 60, 65. 

niedziela, 4 maja 2014

[131] Sławomir Koper "Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej"

Bellona, 2013
Liczba stron: 342
Literatura polska
10/10

Sławomir Koper to historyk, jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się m. in. dziejach Polski międzywojennej. Spod jego pióra wyszły takie tytuły jak: "Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej", "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej", "Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej" oraz "Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej". 

Sławomir Koper zabiera nas do świata gwiazd, teatru, kabaretu, kina i sportu II Rzeczpospolitej. Opisuje sukcesy i rozczarowania swoich bohaterów, ich miłości i życie prywatne na tle barwnej epoki. Wśród nich znaleźli się m.in. Pogorzelska, Mankiewiczówna, Barszczewska, Halama, Jaracz, Osterwa, Żabczyński, Konopacka czy Walasiewiczówna. Autor nie zapomniał o wzajemnym przenikaniu się środowisk, kiedy to gośćmi scen kabaretowych bywali politycy.

Dwa tygodnie temu obchodziliśmy Święta Wielkanocne, a skoro święta to wolne, jak wolne to czytanie, a jak czytanie to dobra książka. Tym razem trafiło na "Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej", które cierpliwie czekały od Gwiazdki na swoją kolejność. Dla mnie ta książka to prawdziwa gratka. Nie ukrywam swej rosnącej i rozkwitającej miłości do artystycznego życia międzywojennej Polski - oglądam filmy, wielbię aktorów, a biografię mojego ulubionego aktora tamtego okresu - Eugeniusza Bodo - przeczytałam z uwielbieniem wypisanym na twarzy. Czy tym razem też tak było?

Napisze od razu, bo to i tak żadna tajemnica - jestem zachwycona. Gratuluję panu Sławomirowi świetnego języka, stylu i sposobu opowiadania zawartych tu historii. Wyszła z tego fantastyczna gawędziarska mini - kronika życia kilku osób. Podziwiam pisarza, bo wykonał kawał dobrej roboty wybierając postacie i zbierając życie każdej z nich na kilkudziesięciu kartach, na które składa się jeden rozdział. Ciężka to praca, gdyż każda z tych osobistości to materiał na osobną książkę.


"Nic dziwnego, ze aktor [A. Żabczyński] narzekał, że raz na pół roku musi na własny koszt remontować klatkę schodową kamienicy, w której mieszkał. Właściciel żądał od niego usunięcia ze ścian wpisów zakochanych wielbicielek."*

Aleksander Żabczyński
Książka przybliża nam koleje życia ośmiu postaci: Stafan Jaracz - perfekcjonista nieidealny, romansująca
ofiara sowieckiego łagru Eugeniusz Bodo, niedoceniany autor skeczu "Sęk" (odsyłam do kabaretu Dudek) Konrad Tom, Loda Halama szalejąca w Tokio (!), trędowata Jadwiga Smosarska, Tola Mankiewiczówna tańcząca walca przez trzydzieści godzin, zapomniany Antoni Fertner oraz pierwszy amant kina Aleksander Żabczyński. Rozdziały te są poprzedzone swoistym wstępem do epoki, krótką jej charakterystyką co jest bardzo dobrym zabiegiem, gdyż jest to czas niezwykle barwny i dynamiczny.

Odnoszę wrażenie, że tam każdy znał każdego. Są i Skamandryci (Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz, Lechoń i Wierzyński), jest Pepa Singer (dla niewtajemniczonych - pierwowzór Racheli z "Wesela" Wyspiańskiego), sportowcy, politycy, krytycy, poeci, piosenkarze, konferansjerzy, dyrektorzy teatrów i scen kabaretowych, producenci... Mogłabym tu wymieniać bez końca. Oni wszyscy się znali, bo to wiadomo - znajomi znajomego, jedna szkoła, raz ten kabaret, raz tamta rewia... Skandale, romanse, aluzje, kłamstewka, zatargi, ale i wspaniale owocujące współprace. Ach, co to były za czasy! Wiele dzisiejszych chwilowych gwiazdeczek (w każdym dziale kultury i sztuki) może się schować.

"Podobno Aleksander Żabczyński był tak dobrze wychowany, że nawet otwierając puszkę sardynek, wcześniej pukał trzy razy w wieczko."**

Obok głównych bohaterów książki pojawiają się równie ważni i ciekawi bohaterowie poboczni również mający swoje 5 minut tutaj. Zainteresowała mnie postać Węgra Jarosy'ego, Ludwika Sempolińskiego, Zuli Pogorzelskiej, Andrzeja Własta. Nazwiska były mi znane już wcześniej, lecz nie przywiązywałam do nich większej uwagi. Muszę koniecznie nadrobić te braki, chcę także bliżej zapoznać się z czołowym przedstawicielem krytyki tj. Tadeuszem Boy-Żeleńskim.

"Boy był niezwykle płodnym recenzentem, a jego teksty wydane w kolejnych tomach Flirtu z Melpomeną (i nie tylko) znacznie przekraczają formę zwyczajowej krytyki teatralnej. To symbol Warszawy tamtych dni, jej problemów, radości i smutków."***

Kolejne kartki tej książki chłonęłam cała sobą, poznając znane mi już postacie. Zachwycił mnie nawet rozdział o Bodo, o którym wiem już co nieco. Jego historia mnie nieodmiennie porusza. Przyciągnęły mnie także koleje życia Konrada Toma, zapomnianego i niedocenianego autora scenariuszy filmowych, kabaretowych i rewiowych, przez jakiś czas skłóconego z Jarosym. Doszli do zgody w ciekawy sposób:

"I obrażeni na cały świat poszli do baru, gdzie na mocno zakrapianej rozmowie spędzili czas do rana. A następnie zakopali topór wojenny i rozpoczęli współpracę."****

Z pewnością sięgnę jeszcze nie raz po książki pana Sławomira Kopra. Porwały i wzruszyły mnie do głębi te historie wielkich polskich gwiazd. Na samą myśl o nich wypływa na mą twarz uśmiech, choć podczas czytania nie raz zakręciła się łza w oku. Wspaniali aktorzy dziś zapomniani. Wielcy, często więksi od wielu dzisiejszych gwiazd. Fenomenalne osobowości, intrygujące koleje życia, niezwykłe zdolności i umiejętności, a mimo to majaczą w cieniu zapomnienia.

"Bo nie zapomnisz mnie,
gdy moją piosenkę spamiętasz. 
W melodii tej siła zaklęta, 
i czar, i moc."*****

Gorąco zachęcam do chwycenia z tę książkę, gwarantuję świetną przygodę pełną... życia. Wzloty i upadki, sukcesy i porażki, które można przeżywać razem z gwiazdami międzywojennej Polski, będącej na wyciągnięcie ręki. Czas spędzony z tą lekturą nie będzie czasem straconym czy zmarnowanym lecz bogatym w fascynujące przeżycia. Polecam z całego serca.

* cyt. str. 312
** cyt. str. 295
*** cyt. str. 20
**** cyt. str. 159
***** cyt. str. 310

czwartek, 17 kwietnia 2014

[129] Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Мастер и Маргарита (Mastier i Margarita)
MUZA, 2011
Liczba stron: 552
Literatura rosyjska
Lektura szkolna
10/10

Michaił Bułhakow (1891-1940) to rosyjski pisarz i dramaturg, autor jednej z najważniejszych powieści XX wieku - "Mistrza i Małgorzaty". Na jego dorobek literacki składają się także "Biała gwardia", "Diaboliada", "Morfina", kilka innych opowiadań, jedenaście sztuk teatralnych, a także dwa nieprzyjęte scenariusze filmowe. Pisarz był trzykrotnie żonaty. Ostatnie szczęśliwe małżeństwo zawarł z Heleną Szyłowską, która stała się pierwowzorem postaci Małgorzaty. 

Wszystko rozpoczyna się w Moskwie, na Patriarszych Prudach. Michaił Berlioz, sekretarz MASSOLIT-u dowodzi poecie Iwanowi Bezdomnemu, ze Jezus nie istnieje i nigdy nie istniał. Do rozmowy włącza się pewien Profesor. Tego samego dnia, kilka chwil od spotkania tejże trójki bohaterów Berlioz ginie, głowę ucina mu tramwaj. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że śmierć przepowiedział sekretarzowi ten dziwny Profesor...

Bułhakow w tej powieści uruchamia trzy płaszczyzny: apokryficzną (wątek Jeszui), moskiewską (miasto i jego mieszkańcy) oraz dzieje grupy Wolanda. Pisarz przedstawił wiele postaci i wiele zdarzeń w kilku różnych wątkach, co trudno opowiedzieć i streścić. Chwycił za motyw powieści w powieści - Mistrz pisze książkę o Jeszui, dobrym nauczycielu skazanym na śmierć przez Piłata. Powieść Mistrza to osobne rozdziały "Mistrza i Małgorzaty", pomiędzy nimi pojawiają się też rozdziały o życiu tytułowego Mistrza i jego ukochanej oraz rozdziały opowiadające o przygodach diabelskiej szajki Wolanda i ich wybrykach w Moskwie. Prawda jest taka, że to wszytko się zazębia, nachodzi na siebie wzajemnie i nie sposób rozdzielić poszczególne wątki od siebie bez szkody dla tej niezwykłej powieści.

Skupię się na postaciach. Bułhakow prezentuje tu, jak już wspomniałam, pełen wachlarz bohaterów, a zatem i różnorakich osobowości. Nie jest możliwym opisać je wszystkie, pamiętanie ich także wychodzi poza moje uzdolnienia. Niemal każda z co najmniej kilkunastu postaci ma swoją unikatową historię. Mnie najbardziej urzekła i zainteresowała historia tytułowego Mistrza i ukochanej Małgorzaty (zdaje mi się, że jest to wątek nieco autobiograficzny). Historia to burzliwa, wciągająca oparta na miłości, wsparciu i wierze w drugiego człowieka. To także bardzo dramatyczne losy bohaterów naznaczone szaleństwem i tęsknotą.

"Za mną czytelniku! Któż Ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!"

W pewnym momencie z wątkiem Małgorzaty wiąże się wątek tajemniczych wydarzeń w Moskwie, za którymi stoi szajka diabłów z Wolandem na czele. Każdy z diabłów jest inny i zajmuje się innymi sprawami, choć przyznać trzeba, że potrafią nieźle namieszać. Postawić całe miasto w stan osłupienia - nie każdy ma takie zdolności ;) W każdym razie - moim ulubionym członkiem diabelskiej trupy był kot Behemot. Zabawny, bezpośredni, nawet bezczelny, robi chyba więcej zamieszania niż pozostali razem wzięci. Jego słowa często mnie bawiły. Pozostali bohaterowie powieści w czasie spotkań z Behemotem byli mocno skołowani. 

"- Dostojewski umarł. - powiedziała obywatelka, ale jakoś niezbyt pewnie. 
- Protestuję! - gorąco zawołał Behemot - Dostojewski jest nieśmiertelny!"

" - Popędziłem - opowiadał Behemot - na salę posiedzeń, to ta sala kolumnowa, messer, chciałam wynieść z ognia coś cennego. Ach, messer, moja żona, gdybym ją tylko miał, dwadzieścia razy mogła zostać wdową! ale, na szczęście, messer, nie mam żony i mówiąc szczerze, szczęśliwy jestem, że jej nie mam. Ach, messer, któżby zamienił kawalerską wolność na to nieznośne jarzmo!"

Same przygody grupy Wolanda są niesamowicie ciekawe. Nie będę się o nich rozpisywać, by nie zdradzić więcej niż muszę. Jest to bardzo dobrze zbudowany wątek, nacechowany ironią, dystansem, zachęca tym samym czytelnika do dalszego zapoznawania się z powieścią.

"Mistrz i Małgorzata" to niewątpliwie jedna z najważniejszych i najlepszych powieści z obszernego kanonu prozy obcej. Choć nieco zagmatwana i trudna, to wartościowa. Autor zwraca uwagę na to, że wszytko zależy od wyborów człowieka, bo to one kształtują świat. Sądzę, że jest to "powieść życia" Bułhakowa, pisał ją bowiem od 1928 do 1930 roku. Od 1932 zaczął intensywnie ją poprawiać, nanosić zmiany, kilkakrotnie zmieniał tytuł. Rękopis redagował niemal do śmierci 1940 roku.

Wiem, że dzisiejsza recenzja jest pogmatwana i chaotyczna, ale "Mistrz i Małgorzata" jest taką właśnie powieścią i niezwykle trudno ująć ją w ramy prostego, szybkiego recenzowania. Mimo wszystko mam nadzieję, że choć jedną osobę udało mi się zachęcić do sięgnięcia po tę nietuzinkową historię, która do dziś święci swe tryumfy. Podczas czytania miejcie otwarte, jasne umysły, bo to bardzo potrzebne, by czerpać przyjemność z czytania. Ja sama mam zamiar sięgnąć po inne dzieła Michaiła Bułhakowa.
______

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych życzę Wam dużo szczęścia, radości, uśmiechu, miłości, spełnienia marzeń i wielu wspaniałych książek czekających w kolejce do czytania :) 
Jeśli czytają mnie jacyś moi towarzysze niedoli tj. maturzyści to życzą Wam (i sobie też) dobrego zdania matury! :)

piątek, 17 stycznia 2014

[123] Dorota Terakowska "Dobry adres to człowiek"

Literackie, 2004
Liczba stron: 65
Literatura polska
Feliotony
10/10

Dorota Terakowska to polska pisarka, dziennikarka, felietonistka. Zmarła dziesięć lat temu - 4. stycznia 2004 roku. Napisała m. in. "Ono", "W krainie Kota", "Tam, gdzie spadają anioły", "Poczwarkę" i "Córkę czarownic". Jest także autorką licznych reportaży i felietonów.

"Dobry adres to człowiek"
to zbiór dziesięciu felietonów napisanych przez panią Terakowską w latach 2003 - 2004 publikowanych na łamach miesięcznika "ELLE". 

Pewnego dnia zawitałam do biblioteki i zobaczyłam tę książeczkę. Jednak nie mogłam jej zabrać ze sobą, nie było czasu na nadprogramowe lektury, goniły mnie zaległości lekturowe z romantyzmu. Potem przez długi czas nie mogłam złapać tego zbiorku, ale gdy kilka dni temu weszłam znów między biblioteczne półki i ujrzałam to czego tak długo szukałam, wiedziałam, że muszę to wypożyczyć. Był to absolutny strzał w dziesiątkę.

Nie wiem, który z felietonów był najlepszy, który najbardziej mi się podobał, który najbardziej mnie zajął. Wszystkie razem i każdy z osobna podbiły moje serce, tak jak niemal cała twórczość pisarki. Miałam przyjemność świetnie się bawić przy tekstach z tego zbiorku, niejednokrotnie wybuchnęłam śmiechem, niektóre fragmenty czytałam mamie na głos - ona także odpowiadała śmiechem. Wyłapałam kilka ciekawych cytatów, które wylądowały w moim zeszycie, z cytatami z różnych książek. Książeczka została opatrzona świetnymi rysunkami autorstwa Pani Aleksandry Kucharskiej - Cybuch. Aż żal mi się rozstać z tym tomikiem ;)

Śmiech śmiechem, ale jak wiele prawdy jest w tych pisemnych wypowiedziach pani Doroty. Czasem bardzo dosadnej. Zaserwowaną tu mamy rzeczywistość z przymrużeniem oka, lekką ironią i dystansem. Do refleksji skłonił mnie felieton "Nieprzyzwoita miłość, normalna wojna". Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zdarzyło mi się spotkać z takim podejściem do dzieci - rodzice zasłaniają im oczy, gdy na ekranie telewizora pojawia się całująca się para, ale gdy w wiadomościach pokazują zmasakrowane wojną ciała ofiar - pozostają na to obojętni. Dla mnie to trochę dziwne, ale cóż.

Polecam Wam także felieton "Kretyński dar dla potomstwa" - ubawiłam się przy nim przednio, a wniosek z niego taki, że nie każda czynność, którą wpajają dzieciom rodzice musi być bezużyteczna (choć taka oczywiście jest z dziecięcej czy młodzieńczej perspektywy). Szczególnie rozbawił mnie wstęp dotyczący prasowania męskich koszul, chyba nie tylko ze względu na zabawność sytuacji, ale na odniesienie do moich własnych skojarzeń i myśli :) Czasem rodzicielskie 'bzdury' mogą uratować sytuację :)

Gorąco zachęcam Was do przeczytania tych felietonów, bo warto. Gwarantuję, że nie będzie to stracony czas.


" - A niby skąd mam wiedzieć, co pani mówiła? Przecież nie słucham, tylko patrzę! Telewizor nie jest do słuchania - dodała z wyrzutem."
("Oglądalność, ufff...")

"Być kobietą nie jest łatwo, jest to sprawa odpowiedzialna, wyrazista i na ogół (z małymi wyjątkami) ostateczna. A mężczyzna po prostu sobie jest, bez specjalnego wysiłku."
("Dwanaście szarych garniturów")

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[121] Ryszard Wolański "Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań"

Rebis, 2012
Liczba stron: 408
Literatura polska
10/10

Ryszard Wolański to dziennikarz muzyczny przez wiele lat związany z polskim radiem i telewizją. Jest autorem licznych relacji i reportaży z imprez muzycznych i festiwali oraz "leksykonu Polskiej Muzyki Rozrywkowej". Pisze książki o tematyce muzycznej, jest też laureatem licznych nagród m. in. Gloria Artis. W jego dorobku znajduje się książka pt. "Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie", a nie dawno na rynku pojawiła się kolejna pozycja - "Tola Mankiewiczówna. Jak za dawnych lat".
„Gra pan jak Bodo! Dlaczego? Bo do du…”. To tylko żartobliwy kalambur Adolfa Dymszy, prawda bowiem była zupełnie inna. Eugeniusz Bodo grał „jak z nut”, chociaż ich nie znał. Dwa etapy jego życia upłynęły mu śpiewająco. Otaczała go wtedy miłość rodzinnego domu, sława zdobyta w warszawskich kabaretach, wreszcie uwielbienie kinowej widowni za ekranową wszechstronność. I kto wie, jak potoczyłyby się jego artystyczne losy, gdyby nie wojna. Tragiczna, niesprawiedliwa i okrutna. O tym właśnie opowiada ta książka.

Bodo i Smosarska, "Czy Lucyna to dziewczyna?"
Mam bzika na punkcie przedwojennego kina polskiego. Eugeniusz Bodo, a właściwie Bohdan Eugene Junod to mój ulubiony przedwojenny polski aktor, a na książkę pana Wolańskiego polowałam ponad rok. Zatem wyobraźcie sobie moją radość gdy odnalazłam tę książkę pośród prezentów osiemnastkowych. Poważnie, radocha nie do opisania. Z taką właśnie nieopisaną radością w duszy przystąpiłam do czytania, co okazało się początkowo problemem, bo czytałam za szybko i nie rozumiałam tekstu. Kiedy uspokoiłam się trochę i zwolniłam, dałam się ponieść tej niezwykłej historii.

Zacznę od początku, czyli od przedmowy.Napisał ją nie kto inny tylko pan Bohdan Łazuka, wykonawca kilku piosenek śpiewanych przez Bodo  - m. in. "Umówiłem się z nią na dziewiątą". Przedmowa podbiła me serce pierwszym zdaniem, a dalej było tylko lepiej.

Książka jest podzielona na 3 części, które obrazują trzy etapy życia Eugeniusz a Bodo. Każda z części jest podzielona na rozdziały. Niektóre z nich mają swoje podrozdziały w postaci prezentacji, opisów i recenzji filmów, w których zagrała nasza gwiazda. Bardzo podoba mi się to, że autor chętnie i często sięgał do wypowiedzi innych osób tamtego czasu (a także osób z czasów powojennych już), pojawiały się też fragmenty recenzji, not prasowych, wywiadów, które wzbogaciły całość tekstu, ubarwiły go i dały czytelnikowi możliwość ujrzenia wszystkiego z kilku, czasem różnych, perspektyw. Książka zawiera bardzo dużo zdjęć, fotosów filmowych, plakatów, reklam, okładek płyt z utworami Bodo a także karykatury i fotomontaże. Język jest prosty, przejrzysty, wartki, pełen pasji i zainteresowania. Widać, że autora naprawdę interesuje to co pisze, co powoduje, że czytelnik daje się porwać w wir snutych opowieści.

Dymsza, Bodo, Grossówna "Paweł i Gaweł"
Książka zawiera bogatą bibliografię (prawdziwa gratka!), spis przed- i powojennych pism i gazet, programów telewizyjnych, dyskografię Bodo oraz jego repertuar, wykaz ilustracji i przydatny indeks nazwisk pojawiających się w tekście. Pan Wolański serwuje nam 10 stron bardzo ciekawego dodatku.

To byłoby tyle, ze spraw technicznych. Z tej książki wyrasta intrygujący obraz Eugeniusza Bodo - przedwojennego aktora rewiowego, teatralnego, w końcu także filmowego, pieśniarza Warszawy. To nie suche fakty serwowane w encyklopedii, to porywający obraz syna kochającego swoją matkę robiącego koralikowe makatki. Bodo z zapałem zbierał znaczki, a oglądanie ich uspokajało go. Miał wiele fanek, dziewczęta i kobiety go uwielbiały mimo sporej liczby romansów (zawsze dyskretnych). To obraz człowieka, na którym odbił się spowodowany przez niego wypadek, który znał biegle angielski i rosyjski. Bodo to niewątpliwie barwna postać, z którą warto się zapoznać. To, o czym tu pisałam to zaledwie kropla w oceanie.

Nie jest to jedynie biografia. Książka jest pięknym przekrojem epoki. Wiele dowiedziałam się o teatrach, kinach, rewiach i kinoteatrach i ich działalności. Nie tylko o aktorach, ale też o tych, których często nie widać - o muzykach, tekściarzach, autorach scenariuszy. Co kilka stron czytelnik znajdzie ramki, w których prezentowane są życiorysy aktorów, gwiazd, wokalistów, scenarzystów, reżyserów. Ryszard Wolański prezentuje w tej książce świat dwudziestolecia międzywojennego, gdzie punktem odniesienia jest życie Eugeniusza Bodo. W trzeciej części książki widać także jak wojna zmieniła życie gwiazd. Ze sceny do kopania okopów i nie tylko...

Wojenna historia Bodo wstrząsa. Znany polski aktor ze szwajcarskim paszportem zginął zapomniany w sowieckim łagrze umęczony głodem i chorobą. Niby pamięta się o tej wielkiej postaci, z drugiej właśnie ta część jego życia - śmierć - pozostaje zapomniana, a przecież należy o tym pamiętać. Nie tylko dlatego, ze był wielką gwiazdą, ale dlatego, że podzielił tragiczny los wielu innych ludzi.

Mogłabym dalej pisać i pisać, ale setki słów nie oddadzą piękna tej książki. Wiem, że na pewno sięgnę po "Tolę Mankiewiczównę" i "Już nie zapomnisz mnie" - obie mam zamiar kupić. Książkę gorąco polecam wszystkim, którzy choć trochę są zainteresowani przedwojennym kinem lub teatrem, a zwłaszcza tym, których zainteresowała kiedyś osoba Eugeniusza Bodo. Gorąco polecam, gdyż tonę w zachwycie i uwielbieniu i Wam życzę tego samego po lekturze tej książki.

niedziela, 3 listopada 2013

[115] Olga Rudnicka "Natalii 5"

Prószyński i S-ka, 2011
Liczba stron: ok. 550
Literatura polska
10/10

Olga Rudnicka to współczesna polska pisarka mieszkająca w Śremie. Ukończyła studia zaoczne w Poznaniu. Na swoim koncie ma kryminały, które zyskały rzesze wielbicieli. Napisała m. in. "Zacisze 13", "Lilith" oraz "Cichego wielbiciela".

Policja otrzymuje zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój. Martwy mężczyzna. Broń, na której znajdują się wyłącznie jego odciski palców. Jednak zdaniem przybyłego na miejsce komisarza Potockiego nie mogło to być samobójstwo. Ślady wykluczają również morderstwo.
Zagadkowa śmierć jest dopiero początkiem zdarzeń, które skomplikują spadkobierczynie denata. W gabinecie notariusza pojawia się pięć kobiet. Każda z nich rości sobie prawo do spadku. Każda z nich miała powód, by zabić. Każda z nich będzie kłamać i oszukiwać, by odzyskać zaginiony spadek...

Znacie ten stan, kiedy wchodzicie do biblioteki i wiecie, że nie powinniście nic, ale to NIC wypożyczać, bo nie macie na to czasu? Ja znam to aż za dobrze. Podchodzę do pierwszego regału, żeby przeczekać biblioteczną kolejkę i widzę... Mocno 'wyczytaną' książkę Rudnickiej. Mruga do mnie, nakłania, żeby wypożyczyć i... wychodzę z biblioteki z niezłym tomiszczem pod pachą. 
Miałam już przyjemność czytać jedną z książek Olgi Rudnickiej, a mianowicie "Cichego wielbiciela", który poruszał temat stalkingu. Teraz sięgnęłam po "Natalii 5"  i znów odkładając powieść byłam naprawdę usatysfakcjonowana. 

Autorka stworzyła pięć barwnych postaci kobiet. Jest to pięć Natalii Sucharskich, pięć sióstr, które po raz pierwszy spotykają u notariusza, co dla biedaka będzie strasznym przeżyciem. To już zdaje się być nieźle pokręcone, a to dopiero początek. Mimo tego, że każda z Natalii jest inna początkowo można je łatwo pomylić. Z biegiem powieści bohaterki ułatwiają czytelnikowi rozróżnienie ich. Wprowadzają zamęt nie tylko we własne życie, ale też w życie mieszkańców Mechlina, notariusza, dwójki policjantów prowadzących sprawę zabójstwa ich ojca i kilku innych osób. Niesamowicie napędzają bieg akcji. 
Polubiłam je wszystkie i razem z nimi szukałam tajemniczego spadku, szukałam poszlak, bawiłam się w detektywa, kłamałam policjantom. Żal było mi się rozstawać z tymi pięcioma niezwykłymi kobietami. Powieść kompletnie oderwała mnie od rzeczywistości. :)

Książka Rudnickiej liczy sobie ponad 500 stron, więc przy mocno zapchanym grafiku tygodnia powinnam ją czytać dosyć długo. Nic bardziej mylnego, historię pań Sucharskich pochłonęłam w trzy popołudnia/wieczory i nie był to stracony czas. Olga Rudnicka ma lekkie pióro, pisze prostym codziennym językiem, co przywodzi mi na myśl powieści Joanny Chmielewskiej :)

Polecam tę książkę wszystkim spragnionym odpoczynku z książką w ręku, jak również miłośnikom kryminałów wyżej wspomnianej Chmielewskiej. Gwarantuję Wam świetną zabawę i dobrze zagospodarowany czas. Sama z pewnością sięgnę po kontynuację "Natalii 5", czyli po "Drugi przekręt Natalii", a także po inne książki Olgi Rudnickiej (koniecznie po "Zacisze 13", gdyż jedna z bohaterek, tj. Aneta, to moja imienniczka. Musze wiedzieć, co ona tam zmalowała :)).

sobota, 13 kwietnia 2013

[106] Bolesław Prus "Katarynka"

Greg, 2011
Liczba stron: 32 (z opracowaniem)
Literatura polska
Lektura szkolna
10/ 10

Bolesław Prus, a właściwie Aleksander Głowacki, to polski prozaik, nowelista, publicysta, kronikarz Warszawy. Wybitny twórca okresu pozytywizmu, działacz społeczny i myśliciel. Jest autorem powieści m. in. "Lalki", "Placówki", "Faraona", jak i nowel: m. in. "Kamizelka", "Katarynka" oraz "Z legend dawnego Egiptu".

"Katarynka" to nowelka, krótka historia opowiadająca o panu Tomaszu, będącym z zawodu prawnikiem oraz o niewidomej dziewczynce. Mężczyzna przez swoje okno widzi okno nowych sąsiadek, wśród których jest pewna dziewczynka. Kobiety stają się przedmiotem obserwacji prawnika nieznoszącego katarynek. Każe je wyganiać z dziedzińca do momentu, gdy spostrzega, że dziewczątko jest niewidome, a jedyną radości czerpie z melodii katarynek...

Prus jest dla mnie absolutnym mistrzem nowelistycznego pióra. Nie dorównuje mu inny polski prozaik i nowelista - Henryk Sienkiewicz. Krótkie teksty Sienkiewicza mnie nudzą, irytują i czytam je z trudem, jakby lekkie pióro znane mi choćby z "Quo Vadis" znikało i pojawiało się na jego miejsce coś topornego. Z Prusem jest inaczej. Jego nowele są lekkie, przyciągają zwiewnością, a treść nie ciągnie się jak krówka mordoklejka. Jeżeli chodzi o nowele, to ukochanego Henryka porzucam na rzecz Aleksandra. A "Katarynka" utwierdza mnie w przekonaniu, że to Prus jest genialnym nowelistą. Tyle ogólnie.

"Katarynka" propaguje postawy bezinteresownej pomocy, otwartości na świat i problemy innych ludzi będących obok nas na co dzień. Pan Tomasz był obojętny (moim zdaniem jest to chyba jedna z najgorszych cech - obojętność i bierność wobec tego co nas otacza), jednak pod wpływem zachowania dziewczynki zmienia się. Zaczyna zauważać potrzeby innych. Przełamuje swój egocentryzm i wychodzi naprzeciw potrzebom drugiego człowieka. Warto być otwartym na potrzebujących, dawać im radość ofiarowując pozornie małe i nieistotne rzeczy (podobno małe radości budują duże szczęście). Niesienie pomocy jest również źródłem radości, a przecież każdy chce ją odczuwać. 

Mnie poruszyła ta historia. Zwłaszcza, że w dzisiejszym świecie różnie bywa z tą wzajemną pomocą, próbą zrozumienia innych i zwróceniem uwagi na coś innego niż czubek własnego nosa. Przecież dawanie innym radości i uśmiechu nie jest trudne. Pan Tomasz pozwolił grać kataryniarzom, a tym samym dał dziewczynce powód do uśmiechu. Tak samo jest z otworzeniem komuś drzwi, podniesieniem kluczy, które upadły, przyjaznym i dobrym słowem. Nic trudnego. Myślę, że o tym mówi nowela. 

Polecam wszystkim, bo przeczytanie "Katarynki" to chwila (w perspektywie wieczności to jak jedna sekunda), a wnioski i refleksje nasuwają się same. :)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Recenzja muzyczna nr 1 >The Baseballs "Good ol'Christmas"

 



Korzystając z okazji, że dziś mam lekcje prawie na 12  podrzucam recenzję inną niż zwykle, bo recenzję płyty. Otóż, otrzymałam pod choinkę dwie płytki i po przesłuchaniu ich (kilkakrotnym) postanowiłam je zaprezentować. Na pierwszy ogień idzie świąteczna płyta zespołu The Baseballs.

Kim są The Baseballs? To niemiecki zespół, który postawił na rock'n'rolla wraz z jego królem, a moim ukochanym - Elvisem Presley'em. Na swojej pierwszej płycie "Strike!" zamieścili covery popularnych piosenek nagranych właśnie w rock'n'rollowym duchu. Tu samo jest na tej płytce. Znane świąteczne piosenki delikatnie przerobione na klimaty Elvisa.

Muszę przyznać, że jestem zachwycona płytą. Ale nie ukrywam też, że miałam obawy, choć uwielbiam ten zespół nie od dziś. Poprzednie hity zostały świetnie zrobione, idealnie podane, ale wiadomo, różnie to bywa. Miałam obawy czy piosenki, które znają i nucą w okresie około świątecznym tysiące ludzi na ziemi nie zostaną w jakiś tragiczny sposób okaleczone, zniszczone. No i czy duch rock'n'rolla dobrze się sprawdzi w tym typie muzyki. Na szczęście wszystko poszło dobrze i ciężka robota urzeczywistniła się w tej oto wspaniałej płytce.

Na płycie zawarte są piosenki, które ju wcześniej znałam., np. "Let it snow", "Winter wonderland" oraz moja ulubiona piosenka z "Kevina", czyli "Rocking around the Christmastree". Ale odkryłam tez kilka nowych, np. "Drivig home for Christmas". Absolutnym hitem dla mnie jest "Little Drummer Boy". Troszkę bałam się o wykonanie "Silent night", ale też wyszło świetnie.
Covery są zrobione bardzo sympatycznie. Tak sympatycznie, że aż chce się przy nich tańczyć ;)


Bardzo podoba mi się opakowanie (?) płyty. Czerwono - szara okładka, prosta - kilka gwiazdek i śnieżynek. Ładny napis. Jasny i zarazem estetyczny przekaz - wiadomo kto, co i dlaczego. Nie ma czegoś co często można zaobserwować w dzisiejszym świecie, czyli brak (na szczęście!) przerostu formy nad treścią ani w oprawie płytki, ani w wykonaniu muzycznym.

Jest to gratka dla miłośników zespołu, jak i miłośników Elvisa. Fani świątecznych piosenek też ją polubią. Gorąco polecam.

The Baseballs, "Good ol'Christmas"
2012
10/10

sobota, 15 grudnia 2012

[101] Treecards english. World and Travel. Fiszki obrazkowe.

Cztery głowy, 2012
nauka języków
10/10

Wydawnictwo Cztery głowy prezentuje nam nowość w swojej serii fiszek - fiszki obrazkowe. Czym są? Jak wyglądają? Czy da się z nich czegoś nauczyć?

Fiszki obrazkowe treecards to doskonała propozycja dla osób poszukujących skutecznego i przyjemnego sposobu nauki języka angielskiego. 
Przedstawionym na kolorowych kartach słówkom towarzyszą zapadające w pamięć zabawne ilustracje i przykładowe zdania, a liczne rebusy, testy i krzyżówki dbają o utrwalenie materiału.
Naukę poprawnej wymowy gwarantują nagrania mp3 z funkcją SPELL umożliwiającą wyświetlanie haseł na ekranie odtwarzacza. 

Od wspomnianego już wydawnictwa otrzymałam takie właśnie fiszki do zrecenzowania. Z oferty skorzystałam z dwóch powodów: primo - nigdy nie miałam styczności z fiszkami i metodą uczenia się z nich; secundo -  posiadanie takiego cudeńka może być przecież niezwykle użyteczne. 

W dzisiejszych czasach metoda uczenia się system obustronnie zapisanych karteczek jest co raz bardziej modna. Widzę to w szkole - na korytarzach można dostrzec uczniów z zapisanymi karteczkami z dłoniach. Jednak samodzielne robienie czegoś takiego jest raczej pracochłonne - trzeba pociąć kartkę, spisać słówka, potem przetłumaczyć ze słownikiem i podręcznikiem w dłoni. I trzeba uważać, żeby nie zaliczyć pomyłki, bo wtedy cała praca na nic. Może więc prościej byłoby skorzystać z takich oto gotowców jakie wydawnictwo przedstawia osobom uczącym się języka. 

Trafiłam na fiszki do angielskiego - nie lubię tego języka, uczenie się słówek na kartkówkę to dla mnie prawdziwa droga prze mękę. Wyobraźcie sobie teraz moje zdziwienie, gdy zobaczyłam jak szybko słówka i zwroty z fiszek opatrzonych ciekawym obrazkiem wchodzą mi do głowy! O niebo mniej pracy niż przy zakuwaniu słówek z podręcznika.
 
W paczce znalazłam również pudełko - treebox - organizujące naukę z obrazkowych kartoników. W pudełku była książeczka, która przedstawiła mi metodę uczenia się. Według Treelosophy (filozofia drzewa) nauka języka to drzewko. Z solidnym korzeniem (metoda nauki), mocnym pieniem (gramatyka) i tysiącami liści (czyli słówka, bez których ani rusz). Ale nasze drzewko, jak każdą roślinkę trzeba podlewać, czyli używać języka na co dzień - czytać książki, oglądać filmy, mejlować ze znajomymi zza granicy. Ta filozofia wydała mi się na tyle ciekawa, że od razu zabrałam się za naukę - zabawę z fiszkami.
Puzderko zawierało także karty in blanco w plastikowym pudełeczku, na których możemy wypisywać własne słówka.

Fiszki są niesamowite. Słówka plus przykłady ozdobione ładnym obrazkiem. Szczerze nie spodziewałam się jakiejś szałowej jakości - może dlatego, że nie miałam pojęcia o istnieniu tego wydawnictwa ;) Te fiszki zmieniły mój świat po prostu i planuje zaopatrzyć się w kolejne kartoniki, tyle że z innych języków. 

A propos - otrzymałam też katalog wydawnictwa na jesień 2012. To jest fenomenalne! Cztery głowy poza standardowymi językami typu angielski i niemiecki oferują nam troszkę egzotyki - japoński, włoski, szwedzki i kilka innych języków. Startery, słownictwo, czasowniki, klejki, ba nawet fiszki dla dzieci! Wszystko o różnym poziomie zaawansowania.

Gorąco polecam Wam fiszki obrazkowe z wydawnictwa Cztery głowy - solidne wykonanie, ciekawa metoda uczenia się, bogactwo słówek.
__________

Za fiszki dziękuję wydawnictwu Cztery głowy.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

[98] Ewa Barańska "Nie odchodź, Julio"

Telbit, 2011
Liczba stron: 256
Literatura polska
10/10

Ewa Barańska jest cenioną autorką powieści dla młodzieży. Jej talent literacki prezentują powieści poruszające tematy ważne, choć czasem kontrowersyjne - "Klara M.", "Żegnaj Jaśmino" czy też "Z kim płaczą gwiazdy". W dorobku pisarki odnajdziemy także powieści z nutką dreszczyku, czyli "Pierwiastek zero" oraz "Ostatni Wielki Kahun".

Julia to urocza, inteligentna, ambitna nastolatka z pasją do nauki i o nietypowych zainteresowaniach, żyjąca jednak w cieniu pięknej siostry i grona jej znajomych – lokalnej śmietanki towarzyskiej. W jej życiu nieomal jednocześnie pojawia się miłość i nieuleczalna choroba. Mimo uciążliwości terapii, dziewczyna rozkwita, zdobywając serce Wiktora. Czy wzajemne uczucie zwalczy ból, strach i zwątpienie? Czy wystarczy do pokonania choroby? Czy każdy z nas może pomóc losowi w dopisaniu happy endu?... Wzruszająca historia o miłości wartej najwyższego poświęcenia, o niezasłużonym cierpieniu i młodym życiu, które trzeba ratować za wszelką cenę...

W ubiegłym tygodniu coś mnie podkusiło i zajrzałam do biblioteki. Bez zastanowienia zwinęłam z regału "Nie odchodź, Julio". Na książkę polowałam już wcześniej w kilku konkursach, bez powodzenia. Zainteresował mnie opis zapowiadający dobrą, wciągającą historię. Zapowiedź zapowiedzią, a jak ta historia wygląda w rzeczywistości?

Książka zaczyna się bardzo ciekawie, bo rozmową dwojga przyjaciół na temat tego, że co raz mniej jest dziewcząt, z którymi można nie tylko się całować i spędzać upojne noce, ale też porozmawiać czy wyjść na spacer, do kina czy teatru:
"To okropne. Wciąż spotykam dziewczyny, które nie chcą być mądre, wykształcone, kulturalne, inteligentne, tylko chcą być sexy. a przecież ta pierwotna funkcje fizjologiczna nie może zdominować życia."
Ponieważ przez ostatnie kilka dni moje myśli kręciły się wokół podobnych stwierdzeń, od razu przyklasnęłam Adamowi. I zaczęłam czytać dalej. Przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. 

Dalej spotykamy Wiktora. Mądrego chłopaka studenta Wydziału Matematyki i Nauki Informatycznych na Politechnice. Ma trójkę wspaniałych przyjaciół oraz dziewczynę, najpiękniejszą z najpiękniejszych, Idę. Zachwycony, że taka dziewczyna jak ona, spojrzała na takiego chłopaka jak on, lekko traci kontakt z rzeczywistością i kumplami. Gdy spotyka Julię wszystko powoli i nieznacznie zaczyna się zmieniać. 

Z kolei Julia to skromna cicha dziewczyna zafascynowana starymi kulturami. Żyje sobie spokojnie obok siostry i jej elity. I nagle spotyka Wiktora. Niby nic takiego, pewnie byłaby sielanka, ale... No właśnie, ale. Równie niespodziewanie i zupełnie przypadkowo okazuje się, że jest nieuleczalnie chora i jedynym sposobem na całkowicie normalne życie jest przeszczep nerki. Do głosu dochodzą też kompleksy - Julia wstydzi się swojego wyglądu, boi się, że zapoczątkowana luźnymi rozmowami w parku znajomość z Wiktorem rozpryśnie się niczym bańka mydlana. 
"Przecież nikt nie pokocha mało atrakcyjnej dziewczyny z wyrokiem śmierci."

A jednak okazuje się, że Julia w Wiktorze (a Wiktor w swoich kumplach) ma ogromne wsparcie. Wspólnie przeżywają najpiękniejsze chwile w życiu, wspólnie też przeżywają gehennę choroby. Wspólnie walczą o jeszcze jeden spokojnie spędzony dzień, o jeszcze jeden uśmiech, o jeszcze jedną małą radość. Czasem wydawało mi się, że są w tej walce sami, opuszczeni przez rodzinę dziewczyny, która choć cierpi i szuka sposobu na ratunek, to nie chce narażać starszej siostry Julii i nie wierzy w szczerość i prawdziwość uczuć Wiktora. Nawet wtedy zwycięża kult starszej Kaliny. To trochę przerażające. 

Pani Ewa bardzo wiarygodnie opisuje chorobę Julii, pobyty w szpitalu i innych chorych. Jest to na tyle wiarygodny, ale nie przesadzony opis, że wyciska łzy. Nie ma tu zbędnych słów, każde zdaje się być doskonale przemyślane.

Autorka książki poruszyła też bardzo ważny temat - transplantacja szansą dla innych. Śmierć jednej osoby, a tym samym jej narządy, może uratować życie aż piętnastu innym osobom, jak napisała pani Ewa. To brutalne, ale i piękne. Dlatego tak ważne jest choćby oddawanie krwi czy zaistnienie w bazie dawców szpiku kostnego. Możemy pomóc innym, a poza tym nie wiemy czy Nam samym nie przyjdzie kiedyś z tego korzystać (oby nie!). 

Zakończenie jest otwarte. Możemy sobie dopowiedzieć, dopisać dalszą część historii Wiktora i Julii. Nie zdradzę Wam, w którym momencie ich życia kończą się karty powieści - dowiecie się, gdy sami przeczytacie "Nie odchodź, Julio".

Mam nadzieję, że sięgniecie po tę powieść i pchniecie ją dalej - do znajomych, znajomych znajomych i tak dalej...

środa, 11 lipca 2012

[95] Agatha Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Murder on the Orient Express
Dolnośląskie, 2010
Liczba stron: 262
Literatura angielska
10/10

Agatha Christie to jedna z najpoczytniejszych angielskich pisarek i chyba nie ma mola książkowego, który by o niej nie słyszał. Jej książki od lat zdobywają serca kolejnych czytelników i cieszą się ich uznaniem. Stworzyła dwie kultowe postacie detektywistycznego świata (obok słynnego Holmesa oczywiście), czyli Herkulesa Poirot i pannę Marple. Niektóre z jej książek zostały sfilmowane jak na przykład "Morderstwo w Orient Expressie". 

Herkules Poirot po rozwiązaniu sprawy kryminalnej w Azji wraca do Europy. Pociąg Orient Express, którym podróżuje, grzęźnie w zaspie śnieżnej. W nocy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie jeden z pasażerów. Detektyw Poirot rozpoczyna dochodzenie, a jego podróż zamienia się w śledztwo. Fakty wskazują, że zabójca zajmuje przedział w tym samym wagonie... Czy Poirot zdoła rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa?

Miałam możliwość wybrania sobie książki, która miała być dołączona do świadectwa. Z wahanie chwyciłam za jedną z dwóch leżących na stoliku powieści Agathy Christie. Do końca nie byłam pewna swojego wwyboru, więc by się przekonać, zaczęłam czytać kilka godzin po zakończeniu roku szkolnego. Już po pierwszych kilku stronach, wiedziałam, że ta historia Herkulesa Piorot to strzał w dziesiątkę.

Było to moje pierwsze spotkanie z ekscentrycznym belgijskim detektywem i muszę przyznać, że było to spotkanie nadzwyczaj udane. Herkules w swej sztuce dedukcji, domyślania się i wyciągania wniosków przypominał mi Sherlocka Holmesa (którego uwielbiam). Kto wie, być może to daleki krewny angielskiego detektywa?  ;) Podobał mi się jego styl prowadzenia dochodzenia, to jak myślał, rozumował im dochodził do wniosków. Poirot zdobył moje serce, szczerze go polubiłam i zawsze będę go witać szerokim uśmiechem.

Czasem nieco drażniła mnie postać przyjaciela Herkulesa, tj. monsieur Bouca. Generalnie był sympatyczny i zdaje się, że darzył szczerą przyjaźnią i zaufaniem naszego Belga. Był trochę porywczy, chwytał się każdego możliwego wyjaśnienia tego makabrycznego morderstwa niczym tonący brzytwy. Ale jak już mówiłam, Bouc da się lubić.

Niewątpliwą zaletą powieści jest fakt niesamowitego zawężenia kręgu podejrzanych wyłącznie do osób podróżujących jednym konkretnym wagonem. To buduje napięcie, bo wiemy, że mamy do wyboru tylko kilkanaście osób i nikogo poza tym. To wąskie pole może trochę drażnić, ale też skłaniać do zastanowienia, gdyż (pozornie) każdy ma alibi. Ale przecież ktoś musiał zamordować tego człowieka, sam nie zadałby sobie kilkunastu ciosów ostrym narzędziem prawda?

Podobał mi się podział na trzy główne części: fakty, zeznania i rozmyślenia Herkulesa. Pozwala to czytelnikowi nadążyć za akcją, a także sprawia, że ma się wrażenie przebywania w samym Orient Expressie. Jesteśmy niemal naocznymi świadkami wydarzeń. Możemy wraz z belgijskim detektywem szukać mordercy. Sami szukamy i wyłapujemy poszlaki. Christie nie robi z czytelnika bezmyślnego żuczka. Daje czytelnikowi trochę, bo resztę odkrył sam z pomocą bohaterów ze stronic książki. Kiedy w wagonie restauracyjnym odbywały się dokładne przesłuchania pasażerów czułam się tak, jakbym siedziałam obok Herkulesa.

Niewątpliwym atutem "Morderstwa w..." jest jego nietuzinkowe zakończenie. Na ostatnich kartach poznajemy motyw, który spowodował, że jeden z pasażerow zginął drogą morderstwa. Największym zaskoczeniem jest to, kto zabił tego mężczyznę. Prawda jednak może nigdy nie ujrzeć światła dziennego i będzie dostępna tylko postaciom stworzonym przez Christie i tysiącom czytelników...

Gorąco zachęcam Was do przeczytania tej powieści. Jest ona z pewnością jedną z najlepszych powieści kryminalnych - trzyma w napięciu i niepewności do ostatniej strony. "Morderstwo w Orient Expressie" na stałe wejdzie do kanonu moich ulubionych książek.

******

Przepraszam Was za błędy itp., ale nie jestem u siebie i nie chce mi się bawić w poprawki. Nienawidzę przepisywania... -.-

niedziela, 6 maja 2012

[93] Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Finding Noel
Znak, 2011
Liczba stron: 296
Literatura amerykańska
10/10

Richard Paul Evans to urodzony w Salt Lake City amerykański pisarz, autor m. in. bestsellerowych "Stokrotek w śniegu". W sumie napisał ponad 20 powieści, w języku polskim jest dostępnych tylko kilka, a szkoda. 

Czy wierzysz w to, że anioły naprawdę czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię? Mark przekonał się o tym wraz z pierwszym łykiem gorącej czekolady, która pewnego wieczoru nalała mu do filiżanki Macy. Spotkali się przypadkiem. On - życiowy rozbitek, samotny i zrezygnowany, ona - doświadczona przez los i skrzywdzona w dzieciństwie, jednak mimo wszystko skłonna do niesienia pomocy innym. Z lękiem, ale i radością obserwują rodzące się między nimi uczucie. 
Tylko czy trudna przeszłość nie okaże się silniejsza od ich młodej miłości? I kim jest tajemnicza Noel, która może całkowicie zmienić ich życie?

"Szukając Noel" znalazłam po choinką w ubiegłe święta. Sięgnęłam po nią dopiero teraz, w długi weekend, chcąc odpocząć od szkoły i lektur. Książkę pochłonęłam w dwa dni (dzisiaj rano skończyłam), a to chyba o czymś świadczy ;) Z panem Evansem spotkałam się już wcześniej przy okazji czytania "Stokrotek w śniegu" i było to spotkanie niesamowite, magiczne. To obecne także takie było. 
Zakochałam się w ksiązce od pierwszego zdania:
"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu." 
Historia, która urzeka już od pierwszego zdania, musi być niezwykła, prawda? 
Tytuł sam w sobie też jest intrygujący. Jaka Noel? Kim była, co zrobiła? Dlaczego głównej bohaterce tak zależy na odnalezieniu jej? Jest to bez wątpienia wiodący motyw w tej książce, ja jednak uważam, że on jest tylko tłem, dla innych poszukiwań. Poszukiwań samego siebie, swoich prawdziwych pragnień, marzeń. W pewien sposób także delikatnie zmusza bohaterów do podjęcia ważnych decyzji, które uporządkują bałagan w ich życiu i uzupełnią brakujące puzzle. Bez nich nie można zrobić porządku. 
Ciekawe były hasła rozpoczynające każdy z 36 rozdziałów (+Epilog). Pochodzą one z pamiętnika Marka, głównego bohatera. Jedne skłaniają do refleksji i pokazują nam pewne oczywste oczywistości. Inne są całkiem zabawne, jak to:
"Zadzwoniłem do Tennys, by powiedzieć jej, że wracam do Utah. Nawet jeśli był tym zawiedziona, nie dała po sobie niczego poznać. Słowo daję , ta kobieta jest niesamowita. Gdyby powiedzieć jej, że płoną jej włosy, najpewniej spytałaby grzecznie, czy kolor płomieni pasuje do bluzki."
Spodobali mi się główni bohaterowie. Młodzi ludzie, po przejściach, raczej z niewesołym dzieciństwem. Ale piękne jest to, że mimo tego żyją dalej, pomagają innym, zawierają przyjaźnie, darzą szczerą miłością. Kiepski początek nie musi oznaczać równie kiepskiej kontynuacji i takiegoż zakończenia.
Wszystko to było niesamowite, jedyne w swoim rodzaju itp., itd., ale prawdziwym tajfunem był ostatni akapit. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak wielu z Nas lubi Święta Bożego Narodzenia? Nie te komercyjne, odbywające się w witrynach niemal wszystkich sklepów, galerii handlowych czy pasaży, ale te, z zieloną choinka w kącie domu, zapachem makowca, Cichą Nocą w tle, najbliższym przy stole. Mark Smart, chłopak z kartek książki odkrywa wszystkie karty i ukazuje Nam nasze przywiążanie do świąt w taki sposób:
"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."
Mnie ta powieść naprawdę urzekła. Będzie dla mnie wyjątkowa zawsze i zapewne przeczytam ją jeszcze nie raz. Przeczytajcie, zachwyćcie się i zmotywujcie kolejną osobę do przeczytania jej ;).