"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

[164] Joanna Opiat-Bojarska "Kto wyłączy mój mózg?

Zysk i S-ka, 2011
Liczba stron: 381
Literatura polska
9/10

Po raz pierwszy spotykam się w tej książce z popularną od dłuższego czasu autorką kryminałów Joanną Opiat-Bojarską. Nie ukrywam, że w księgarni zainteresował mnie nie tylko opis (dość chętnie czytuję powieści o podobnej tematyce), ale także bardzo promocyjna cena. Jak zatem wypadło to literackie spotkanie? Już po ocenie widać, że ta debiutancka powieść, będąca echem przebytej przez autorkę choroby, okazała się być rewelacyjna, choć początki były trudne.

Joanna, współczesna niezależna kobieta sukcesu, jest także zabieganą panią domu, kochającą żoną i troskliwą mamą. Prowadzi zdrowy tryb życia. Jej codzienność jest przewidywalna, ustalona, ale do czasu. Takiego bowiem scenariusza nikt się nie spodziewał – z dnia na dzień ciało Joanny odmówi posłuszeństwa. Diagnoza: GBS – zespół Guillaina-Barrégo. Kobieta musi znaleźć w sobie siłę do walki. Zarówno ze swoim ciałem, jak i umysłem.

piątek, 1 maja 2015

[158] Sławomir Koper "Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie"

Bellona, 2011
Liczba stron: 326
Literatura polska
6/10

Sławomir Koper to historyk zajmujący się pisaniem książek, jak wiadomo, o historii. Nie są to jednak nudne podręczniki, a ciekawe publikacje dotyczące "zakamarków", których nie uczą w szkołach. Na swoim koncie ma książki dotyczące m. in. II RP oraz PRL-u.

To nietypowa książka, w której autor przedstawia wiele faktów pomijanych dotychczas w oficjalnych opracowaniach, naświetla wydarzenia polityczne pod kątem życia prywatnego polityków świata antycznego, nie obawia się pisać o sprawach, o których dotychczas wstydliwie milczały podręczniki. Ukazuje czytelnikowi szeroką panoramę życia erotycznego i rodzinnego w starożytnej Grecji i Rzymie, obalając wiele krążących dotychczas mitów i uproszczeń. Zajmuje się fenomenem "miłości greckiej" - heleńskiego homoseksualizmu, który zdominował całkowicie życie seksualne i publiczne antycznej Grecji. Wskazuje na związki erotyki i życia uczuciowego z życiem politycznym, z najważniejszymi wydarzeniami. Nie wiadomo bowiem jak potoczyłaby się historia świata starożytnego, gdyby nie słabości i upodobania niektórych władców i wodzów.

środa, 10 września 2014

[146] Agatha Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie"

Hercule Poirot's Christmas
Dolnośląskie, 2011
Liczba stron: 232
Literatura angielska
9/10

O Agacie Christie chyba nie muszę zbyt wiele pisać, prawda? Autorka licznych kryminałów, które od lat są chętnie czytane a liczba czytelników i miłośników jej prozy stale rośnie. Stworzyła postacie niezwykle lubianych detektywów - pannę Marple oraz bohatera recenzowanej dziś powieści Herkulesa Poirot. Klasyka powieści kryminalnej.
Zbliża się Boże Narodzenie. Senior rodu Simeon Lee do swej rezydencji zaprasza rodzinę. Spotkanie jest nietypowe, gdyż Lee niemal nie utrzymywał z dziećmi kontaktów. Mało przyjemnej atmosfery nie poprawia pojawienie się uchodzącego za czarną owcę syna, a tym bardziej wnuczki, którą rodzina widzi po raz pierwszy. W ponurych nastrojach podsycanych pragnieniem odziedziczenia jak największego spadku zebrani dowiadują się o zabójstwie złośliwego milionera. Do akcji wkracza niezastąpiony Herkules Poirot. Przed detektywem trudna zagadka - okazuje się bowiem, że z sypialni Simeona zniknęły diamenty, nie wszyscy goście ujawnili prawdziwą tożsamość, a zamordowany miał niejednego wroga…
Od czasu do czasu lubię chwycić za kryminał. Tajemnicze morderstwo, kilkoro podejrzanych, różnorakie motywy i kolejne morderstwo w przygotowaniu. Tak, to gwarantuje mi Christie i uwielbiany przeze mnie Herkules Poirot, którego pokochałam podczas czytania powieści "Morderstwo w Orient Expressie". Potem przyszedł czas na "Niedzielę na wsi", a teraz tryumfy święci "Morderstwo w Boże Narodzenie". Pora raczej mało Gwiazdkowa, bo mamy początek września, ale na dobry kryminał zawsze jest czas.
Czy motywem były... diamenty?

Wiadomo, jak to u Christie, jest wprowadzenie, które zarysowuje bohaterów, przybliża ich psychikę, postawy i poglądy, dzięki czemu czytelnik może w dokładniejszy sposób poszukiwać winowajcy. Ja w tym przypadku miałam swój typ przez zdecydowaną większość powieści, pod koniec nagle go zmieniłam, ale okazało się, że... I tak nie trafiłam. Zakończenie zaskoczyło mnie absolutnie, a wszystko przez to, że zignorowałam pozornie nieistotne słowa jednego z bohaterów. Kiedy wreszcie nauczę się, że u Christie nie pada ani jedno zbędne zdanie? Tak, ponownie dałam się zaskoczyć, a powieść trzyma w napięciu do ostatnich stron. 

"Morderstwo w Boże Narodzenie" nie zawiodło mnie. Spędziłam z tą powieścią dwa intensywne popołudnia, pełne zagadkowości, niepewności i oczekiwania na rozwiązanie sprawy. Poirot współpracując z dwojgiem innych policjantów musi użyć wszystkich swoich zdolności i rozpatrzyć każdą możliwość. Polecam tę książkę, gwarantuję, że nie będziecie narzekać na nudę, bo w każdej chwili może wydarzyć się coś niepokojącego, a pointa tej historii przyprawi was o spore zdziwienie. Ja z pewnością sięgnę też po kolejne tomy przygód małego Belga Herkulesa Poirot.

czwartek, 17 kwietnia 2014

[129] Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Мастер и Маргарита (Mastier i Margarita)
MUZA, 2011
Liczba stron: 552
Literatura rosyjska
Lektura szkolna
10/10

Michaił Bułhakow (1891-1940) to rosyjski pisarz i dramaturg, autor jednej z najważniejszych powieści XX wieku - "Mistrza i Małgorzaty". Na jego dorobek literacki składają się także "Biała gwardia", "Diaboliada", "Morfina", kilka innych opowiadań, jedenaście sztuk teatralnych, a także dwa nieprzyjęte scenariusze filmowe. Pisarz był trzykrotnie żonaty. Ostatnie szczęśliwe małżeństwo zawarł z Heleną Szyłowską, która stała się pierwowzorem postaci Małgorzaty. 

Wszystko rozpoczyna się w Moskwie, na Patriarszych Prudach. Michaił Berlioz, sekretarz MASSOLIT-u dowodzi poecie Iwanowi Bezdomnemu, ze Jezus nie istnieje i nigdy nie istniał. Do rozmowy włącza się pewien Profesor. Tego samego dnia, kilka chwil od spotkania tejże trójki bohaterów Berlioz ginie, głowę ucina mu tramwaj. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że śmierć przepowiedział sekretarzowi ten dziwny Profesor...

Bułhakow w tej powieści uruchamia trzy płaszczyzny: apokryficzną (wątek Jeszui), moskiewską (miasto i jego mieszkańcy) oraz dzieje grupy Wolanda. Pisarz przedstawił wiele postaci i wiele zdarzeń w kilku różnych wątkach, co trudno opowiedzieć i streścić. Chwycił za motyw powieści w powieści - Mistrz pisze książkę o Jeszui, dobrym nauczycielu skazanym na śmierć przez Piłata. Powieść Mistrza to osobne rozdziały "Mistrza i Małgorzaty", pomiędzy nimi pojawiają się też rozdziały o życiu tytułowego Mistrza i jego ukochanej oraz rozdziały opowiadające o przygodach diabelskiej szajki Wolanda i ich wybrykach w Moskwie. Prawda jest taka, że to wszytko się zazębia, nachodzi na siebie wzajemnie i nie sposób rozdzielić poszczególne wątki od siebie bez szkody dla tej niezwykłej powieści.

Skupię się na postaciach. Bułhakow prezentuje tu, jak już wspomniałam, pełen wachlarz bohaterów, a zatem i różnorakich osobowości. Nie jest możliwym opisać je wszystkie, pamiętanie ich także wychodzi poza moje uzdolnienia. Niemal każda z co najmniej kilkunastu postaci ma swoją unikatową historię. Mnie najbardziej urzekła i zainteresowała historia tytułowego Mistrza i ukochanej Małgorzaty (zdaje mi się, że jest to wątek nieco autobiograficzny). Historia to burzliwa, wciągająca oparta na miłości, wsparciu i wierze w drugiego człowieka. To także bardzo dramatyczne losy bohaterów naznaczone szaleństwem i tęsknotą.

"Za mną czytelniku! Któż Ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!"

W pewnym momencie z wątkiem Małgorzaty wiąże się wątek tajemniczych wydarzeń w Moskwie, za którymi stoi szajka diabłów z Wolandem na czele. Każdy z diabłów jest inny i zajmuje się innymi sprawami, choć przyznać trzeba, że potrafią nieźle namieszać. Postawić całe miasto w stan osłupienia - nie każdy ma takie zdolności ;) W każdym razie - moim ulubionym członkiem diabelskiej trupy był kot Behemot. Zabawny, bezpośredni, nawet bezczelny, robi chyba więcej zamieszania niż pozostali razem wzięci. Jego słowa często mnie bawiły. Pozostali bohaterowie powieści w czasie spotkań z Behemotem byli mocno skołowani. 

"- Dostojewski umarł. - powiedziała obywatelka, ale jakoś niezbyt pewnie. 
- Protestuję! - gorąco zawołał Behemot - Dostojewski jest nieśmiertelny!"

" - Popędziłem - opowiadał Behemot - na salę posiedzeń, to ta sala kolumnowa, messer, chciałam wynieść z ognia coś cennego. Ach, messer, moja żona, gdybym ją tylko miał, dwadzieścia razy mogła zostać wdową! ale, na szczęście, messer, nie mam żony i mówiąc szczerze, szczęśliwy jestem, że jej nie mam. Ach, messer, któżby zamienił kawalerską wolność na to nieznośne jarzmo!"

Same przygody grupy Wolanda są niesamowicie ciekawe. Nie będę się o nich rozpisywać, by nie zdradzić więcej niż muszę. Jest to bardzo dobrze zbudowany wątek, nacechowany ironią, dystansem, zachęca tym samym czytelnika do dalszego zapoznawania się z powieścią.

"Mistrz i Małgorzata" to niewątpliwie jedna z najważniejszych i najlepszych powieści z obszernego kanonu prozy obcej. Choć nieco zagmatwana i trudna, to wartościowa. Autor zwraca uwagę na to, że wszytko zależy od wyborów człowieka, bo to one kształtują świat. Sądzę, że jest to "powieść życia" Bułhakowa, pisał ją bowiem od 1928 do 1930 roku. Od 1932 zaczął intensywnie ją poprawiać, nanosić zmiany, kilkakrotnie zmieniał tytuł. Rękopis redagował niemal do śmierci 1940 roku.

Wiem, że dzisiejsza recenzja jest pogmatwana i chaotyczna, ale "Mistrz i Małgorzata" jest taką właśnie powieścią i niezwykle trudno ująć ją w ramy prostego, szybkiego recenzowania. Mimo wszystko mam nadzieję, że choć jedną osobę udało mi się zachęcić do sięgnięcia po tę nietuzinkową historię, która do dziś święci swe tryumfy. Podczas czytania miejcie otwarte, jasne umysły, bo to bardzo potrzebne, by czerpać przyjemność z czytania. Ja sama mam zamiar sięgnąć po inne dzieła Michaiła Bułhakowa.
______

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych życzę Wam dużo szczęścia, radości, uśmiechu, miłości, spełnienia marzeń i wielu wspaniałych książek czekających w kolejce do czytania :) 
Jeśli czytają mnie jacyś moi towarzysze niedoli tj. maturzyści to życzą Wam (i sobie też) dobrego zdania matury! :)

wtorek, 18 marca 2014

[128] Tove Jansson "Lato Muminków"

Farlig midsommar
Nasza Księgarnia, 2011
Liczba stron: 192
Literatura szwedzka
9/10

Tove Jansson to fińska pisarka szwedzkojęzyczna najbardziej znana jako autorka serii opowiadającej o Muminkach. Studiowała w Sztokholmie i Paryżu, podczas studiów poznała swoją życiową partnerkę Tuulikki Pietila, z którą stworzyła wiele projektów artystycznych. W 1976 roku Tove została odznaczona Orderem Uśmiechu za działania przynoszące radość dzieciom.

Seria ciesząca się w wielu krajach nieustającą popularnością. Świat Muminków to dolina, w której różne tajemnicze postacie - Paszczaki, Ryjek, Włóczykij, Mała Mi - wiodą życie dziwnie podobne do zwykłego, a jednak wypełnione baśnią. Najważniejszym miejscem jest dom Mamusi i Tatusia Muminka: tu każdy może liczyć na pomoc i przyjaźń. 

Tove i Muminki
Pewnego zimowego dnia po przeczytaniu recenzji książki o Tove na jakimś blogu, złapałam się na tym, że nie czytałam jeszcze żadnej z ksiażek o Muminkach mimo że dobrze znam te postacie. Do ostatecznego wybrania się w mury biblioteki nieświadomie skłonił mnie chłopak mówiąc coś o tych sympatycznych towarzyszach dzieciństwa. Tym sposobem z początkiem ferii zimowych wypożyczyłam "Lato Muminków".

Nie wiem dlaczego oczekiwałam sielankowej historyjki. Finalnie otrzymałam bogatą, ciekawą bajkę, nie do końca wesołą. Wszystko kończy się, rzecz jasna, happy - endem lecz w czasie trwania historii spotkałam się nie tylko z radością. Z kart książki biły smutek, strach, zmartwienie, czyli uczucia towarzyszące sympatycznym stworzeniom. Pisarka tak plastycznie opisała te uczucie i emocje, że zadziałało to na mnie wyjątkowo silnie. 

Tove Jansson, tak uwielbiana, operuje wspaniałym językiem przystępnym dzieciom, jednak nie jest on (na całe szczęście) infantylny i ogłupiający, co często ma miejsce w literaturze dziecięcej. Język ten zatem urzeknie także dorosłego czytelnika, więc jest to kolejny niewątpliwy atut tej książki. Ogromnym plusem są też śliczne ilustracje, będące ciekawym dopełnieniem przygód Muminka i ferajny. I jeszcze słowo ode mnie o postaciach - oczywiście, Muminek i jego rodzina są bardzo sympatyczni i nie da się ich nie lubić, ale moimi ulubionymi postaciami są Mała Mi i Włóczykij. Maleńka dziewczynka jak zawsze jest złośliwa, bezpośrednia i marudna, co nie ukrywam, bardzo mi się podoba. Włóczykija lubię za tę cichą melancholię i spokój. 

Tym sposobem za sprawą niewielkiej książeczki w twardej oprawie przeżyłam wspaniałą letnią przygodę w środku zimy. Latem mam zamiar sięgnąć po "Zimę Muminków". Fascynującą powieść polecam dorosłym do czytania dzieciom i samym sobie.

"Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi i jakimi są."

niedziela, 3 listopada 2013

[115] Olga Rudnicka "Natalii 5"

Prószyński i S-ka, 2011
Liczba stron: ok. 550
Literatura polska
10/10

Olga Rudnicka to współczesna polska pisarka mieszkająca w Śremie. Ukończyła studia zaoczne w Poznaniu. Na swoim koncie ma kryminały, które zyskały rzesze wielbicieli. Napisała m. in. "Zacisze 13", "Lilith" oraz "Cichego wielbiciela".

Policja otrzymuje zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój. Martwy mężczyzna. Broń, na której znajdują się wyłącznie jego odciski palców. Jednak zdaniem przybyłego na miejsce komisarza Potockiego nie mogło to być samobójstwo. Ślady wykluczają również morderstwo.
Zagadkowa śmierć jest dopiero początkiem zdarzeń, które skomplikują spadkobierczynie denata. W gabinecie notariusza pojawia się pięć kobiet. Każda z nich rości sobie prawo do spadku. Każda z nich miała powód, by zabić. Każda z nich będzie kłamać i oszukiwać, by odzyskać zaginiony spadek...

Znacie ten stan, kiedy wchodzicie do biblioteki i wiecie, że nie powinniście nic, ale to NIC wypożyczać, bo nie macie na to czasu? Ja znam to aż za dobrze. Podchodzę do pierwszego regału, żeby przeczekać biblioteczną kolejkę i widzę... Mocno 'wyczytaną' książkę Rudnickiej. Mruga do mnie, nakłania, żeby wypożyczyć i... wychodzę z biblioteki z niezłym tomiszczem pod pachą. 
Miałam już przyjemność czytać jedną z książek Olgi Rudnickiej, a mianowicie "Cichego wielbiciela", który poruszał temat stalkingu. Teraz sięgnęłam po "Natalii 5"  i znów odkładając powieść byłam naprawdę usatysfakcjonowana. 

Autorka stworzyła pięć barwnych postaci kobiet. Jest to pięć Natalii Sucharskich, pięć sióstr, które po raz pierwszy spotykają u notariusza, co dla biedaka będzie strasznym przeżyciem. To już zdaje się być nieźle pokręcone, a to dopiero początek. Mimo tego, że każda z Natalii jest inna początkowo można je łatwo pomylić. Z biegiem powieści bohaterki ułatwiają czytelnikowi rozróżnienie ich. Wprowadzają zamęt nie tylko we własne życie, ale też w życie mieszkańców Mechlina, notariusza, dwójki policjantów prowadzących sprawę zabójstwa ich ojca i kilku innych osób. Niesamowicie napędzają bieg akcji. 
Polubiłam je wszystkie i razem z nimi szukałam tajemniczego spadku, szukałam poszlak, bawiłam się w detektywa, kłamałam policjantom. Żal było mi się rozstawać z tymi pięcioma niezwykłymi kobietami. Powieść kompletnie oderwała mnie od rzeczywistości. :)

Książka Rudnickiej liczy sobie ponad 500 stron, więc przy mocno zapchanym grafiku tygodnia powinnam ją czytać dosyć długo. Nic bardziej mylnego, historię pań Sucharskich pochłonęłam w trzy popołudnia/wieczory i nie był to stracony czas. Olga Rudnicka ma lekkie pióro, pisze prostym codziennym językiem, co przywodzi mi na myśl powieści Joanny Chmielewskiej :)

Polecam tę książkę wszystkim spragnionym odpoczynku z książką w ręku, jak również miłośnikom kryminałów wyżej wspomnianej Chmielewskiej. Gwarantuję Wam świetną zabawę i dobrze zagospodarowany czas. Sama z pewnością sięgnę po kontynuację "Natalii 5", czyli po "Drugi przekręt Natalii", a także po inne książki Olgi Rudnickiej (koniecznie po "Zacisze 13", gdyż jedna z bohaterek, tj. Aneta, to moja imienniczka. Musze wiedzieć, co ona tam zmalowała :)).

wtorek, 23 lipca 2013

[112] Vanessa Farquharson "Zieloni śpią nago"

Sleeping naked is green
Świat Książki, 2011
Liczba stron: 284
Literatura kanadyjska
8/10

Vanessa Farquharson mieszka w Toronto. Jest dziennikarką i krytykiem sztuki w "National Post", w którym prowadzi też kolumnę poświęconą środowisku naturalnemu.Postanowiła prowadzić blog, na którym przez rok będzie dokumentować swoje ekologiczne działania.

Bezpretensjonalny, lekki i zabawny dziennik, prezentujący rok z życia dziennikarki piszącej na tematy kulturalne, mieszkanki wielkiego miasta w Kanadzie, która postanowiła żyć ekologicznie. Nie wszystko okazało się proste, łatwe, przyjemne i możliwe do zrealizowania. Dlaczego więc warto i należy żyć ekologicznie? Co tracimy? Co zyskujemy? Mnóstwo cennych, ale i kontrowersyjnych rad i zaleceń oraz zaskakujących spostrzeżeń.

Książkę nabyłam po niskiej cenie i w sumie nie spodziewałam się fajerwerków. Zainteresował mnie napis na okładce "historia ekocynicznki" i uznałam, że może uda mi się spędzić z dziełem kanadyjki kilka ciekawych chwil, ale szybko zapomnę o książce, którą zabrałam ze sobą na tygodniowy pobyt nad jezioro. Cóż. Myliłam się.

"Zieloni śpią nago" okazało się naprawdę świetną lekturą. Książka została stworzona na podstawie bloga,
który dziennikarka "National Post" prowadziła przez rok. Pewnego dnia podjęła wyzwanie i postanowiła przez rok żyć ekologicznie. Od razu powiadomiła rodzinę, przyjaciół, współpracowników. I wtedy nie było już odwrotu i musiała brnąć dalej... 

A może rower zamiast auta?
Ta bardzo zieloniasta książka świetnie pokazuje, że bycie ekologicznym nie jest takie proste, bo czasem to co "powinniśmy" jest bardzo trudne. Oczywiście, zmienienie zwykłych papierowych ręczników kuchennych na te makulaturowe to nic trudnego, ale wyłączenie lodówki to już inny poziom trudności. Plusem jest to, że skala trudności ekozmian wprowadzanych przez Vanessę jest bardzo zróżnicowana, więc jeżeli któraś zainteresuje czytelnika to może spróbować wprowadzić ją w swoje życie. Zaczynając na makulaturowych ręcznikach i niekupowaniu bzdurnych gazet po sprzedaż samochodu. Do wyboru, do koloru.

Wpisy w dzienniku są różne i dzięki temu prawdziwsze. Niektóre mają dwie, trzy lub cztery strony,  inne zaledwie dwa, czasem trzy zdania (ale za to jak dobitnie oddające rzeczywistość). Czasami są one ściśle związane z ekozmianą na dany dzień (np. uczestnictwo w jakiejś akcji), innym razem odnoszą się do uczuć, przemyśleń i życiowych przygód Vanessy, które nie zawsze mają bezpośredni związek z ekologicznym wyzwaniem jakiego się podjęła. Fajne jest to, że dziennikarka pisze o tym co czuje i co jej towarzyszy: zmęczenie, złość, smutek, zwątpienie, radość, nadzieja, wyczekiwanie, tęsknota. Dzięki temu wiadomo, że Vanessa, kobieta, która przez rok chce żyć ekologicznie, jest normalnym człowiekiem, takim jak czytelnik.

Książka składa się z wstępu, dwunastu rozdziałów (wg miesięcy) oraz epilogu. Każdy rozdział rozpoczyna lista ekozmian funkcjonujących w systemie jeden dzień - jedna zmiana. Tego typu zestawienie to świetny pomysł. Minusem jest to, że rozdziały mają podtytuły, które podane są jedynie w spisie treści, a nie na początku rozdziału. O istnieniu tych podtytułów zorientowałam się dopiero w połowie książki, gdy postanowiłam sobie z nudów przejrzeć spis treści.

Dziennik pokazuje, że życie w zgodzie z ekologią (nie ma to polegać na ogólnej ascezie...), a zatem i naturą, choć jest modne i trendy, nie zawsze jest proste. Myślę, że to pozycja to świetna propozycja właśnie dla "ekocyników" (taki mały prztyczek w nos), ale też dla osób, które starają się wprowadzić coś ekologicznego w swoim życiu, lecz nie wiedzą jak się za to zabrać. Polecam właśnie na wakacje ;)
_____

Powróciłam znad jeziorka. "Zieloni śpią nago" to naprawdę dobra książka, ale czuję, że nie udźwignęłam ciężaru tej recenzji. Widzę tu chaos ogólny, za co serdecznie przepraszam. Jestem lekko roztargniona ostatnio ;)

niedziela, 7 lipca 2013

[109] Beata Pawlikowska "Blondynka na językach. Włoski"

G+J Gruner&Jahr, 2011
nauka języków
9/10

 Beata Pawlikowska to polska pisarka, podróżniczka, dziennikarka, tłumaczka i fotografka. Znana z cyklu "Dzienniki z podróży" oraz z cyklu poradników psychologicznych (m. in. "W dżungli niepewności"). Jest także autorką książek do nauki języka obcego z serii "Blondynka na językach", a w 2013 roku ukazały się "Rozmówki".

To nie jest zwykły podręcznik do nauki języka obcego. Jest to kurs rozmawiania w języku obcym. Uczy mówienia i rozumienia. Zero gramatyki, zero wykuwania słówek, zero odmian czasowników, które trzeba na pamięć wbić sobie do głowy. „Blondynka na językach” to kurs nauki języków obcych, oparty o zupełnie nową metodę uczenia. Powstała ona w oparciu o moje doświadczenia w nauce języków obcych. Bo pewnego dnia zorientowałam się, że języka obcego można się uczyć na zasadzie logicznej układanki. Języka obcego można się nauczyć instynktownie – najpierw zapamiętać dane wyrażenia i zdania poprzez systematyczne powtarzanie ich na głos, a potem zgodnie z zasadą logiki budować z nich własne przykłady. Pomoże Ci w tym specjalnie zaprojektowana książka oraz płyta CD. Powodzenia!

 Książkę kupiłam dwa lata temu w wakacje. Miałam bardzo ambitny plan: raz - dwa nauczyć się tego, co jest zawarte na kartkach tego kursu. Cóż, na ambicjach się skończyło, ponieważ albo ja traciłam zapał, albo nie miałam czasu. Teraz wielki powrót. Co mi zostało po dwóch latach? Czy coś pamiętam z pierwszych lekcji, które były tak dawno temu?

Wenecja
Szok. Pamiętam! I to bardzo dobrze. Jestem dopiero w odcinku trzecim (25 str.). Pewnie też dużą rolę tutaj odegrało to, że przyłożyłam się do tego i potraktowałam to serio. Ile radości, kiedy okazało się, że coś jeszcze potrafię i pamiętam.

W opisie serii autorka wspomina o nauce na zasadzie logicznej układanki. I ta zasada się sprawdza. Frazy co jakiś czas się powtarzają, z drobną zmianą jednego lub dwóch słówek, więc są dwa plusy: pierwszy to taki, że możemy ponownie powtórzyć zwrot bez cofania się i kartkowania, a drugi to taki, że szybciej i łatwiej przyswaja się nowe słówka, bo odczuwa się to jako coś naturalnego.

Zaletą (czy też raczej dobrze zrobionym punktem obowiązkowym każdego kursu tego typu) jest wprowadzenie. Na kilku stronach wyjaśnione zostało działanie i zamierzenia tej książki oraz dwa sposoby uczenia się - z książki i z płyty. Pojawiła się również wzmianka o tym, że kurs składa się z pięciu poziomów. 

Wspomniałam o tym, że można uczyć się na dwa sposoby. Wypróbowałam oba. Zacznę od książki. Ma ona bardzo ciekawy układ stron; na jednej stronie są słówka, frazy i zdania w języku polskim, a na sąsiedniej są ich włoskie odpowiedniki (w przypadku poziomu drugiego jest odwrotnie, ponieważ tłumaczymy z włoskiego na polski). Sprawdziłam też płytę z nagraniami mp3. Najpierw jest nagranie po polsku, potem chwila na to, aby uczący się mógł głośno przetłumaczyć, a następnie lektor włoski podaje wersję właściwą. Jest to o tyle dobre, że można w razie wątpliwości dotyczących przeczytania słowa, można puścić nagranie z płytki i dowiedzieć się, jak wyraz powinien brzmieć poprawnie po włosku. Każdy sposób działa świetnie osobno, ale we współpracy efekt jest lepszy. 

Książka jest zaopatrzona w Niezbędnik Gramatyczny, który opisuje i podaje przykłady podstawowych zasad gramatyki włoskiej. W tymże Niezbędniku miejsce swoje mają m. in. czasy, czasowniki, rzeczowniki, budowanie pytań i przeczeń, zaimki, liczebniki oraz kilka innych zagadnień.

"Blondynka na językach. Włoski" to z pewnością ciekawa przygoda i sposób na poznanie, choćby częściowe, języka. Osobom zainteresowanym językiem włoskim i nauką podstawowych zagadnień mających umożliwić jego rozumienie polecam tę pozycję. ;)

sobota, 13 kwietnia 2013

[106] Bolesław Prus "Katarynka"

Greg, 2011
Liczba stron: 32 (z opracowaniem)
Literatura polska
Lektura szkolna
10/ 10

Bolesław Prus, a właściwie Aleksander Głowacki, to polski prozaik, nowelista, publicysta, kronikarz Warszawy. Wybitny twórca okresu pozytywizmu, działacz społeczny i myśliciel. Jest autorem powieści m. in. "Lalki", "Placówki", "Faraona", jak i nowel: m. in. "Kamizelka", "Katarynka" oraz "Z legend dawnego Egiptu".

"Katarynka" to nowelka, krótka historia opowiadająca o panu Tomaszu, będącym z zawodu prawnikiem oraz o niewidomej dziewczynce. Mężczyzna przez swoje okno widzi okno nowych sąsiadek, wśród których jest pewna dziewczynka. Kobiety stają się przedmiotem obserwacji prawnika nieznoszącego katarynek. Każe je wyganiać z dziedzińca do momentu, gdy spostrzega, że dziewczątko jest niewidome, a jedyną radości czerpie z melodii katarynek...

Prus jest dla mnie absolutnym mistrzem nowelistycznego pióra. Nie dorównuje mu inny polski prozaik i nowelista - Henryk Sienkiewicz. Krótkie teksty Sienkiewicza mnie nudzą, irytują i czytam je z trudem, jakby lekkie pióro znane mi choćby z "Quo Vadis" znikało i pojawiało się na jego miejsce coś topornego. Z Prusem jest inaczej. Jego nowele są lekkie, przyciągają zwiewnością, a treść nie ciągnie się jak krówka mordoklejka. Jeżeli chodzi o nowele, to ukochanego Henryka porzucam na rzecz Aleksandra. A "Katarynka" utwierdza mnie w przekonaniu, że to Prus jest genialnym nowelistą. Tyle ogólnie.

"Katarynka" propaguje postawy bezinteresownej pomocy, otwartości na świat i problemy innych ludzi będących obok nas na co dzień. Pan Tomasz był obojętny (moim zdaniem jest to chyba jedna z najgorszych cech - obojętność i bierność wobec tego co nas otacza), jednak pod wpływem zachowania dziewczynki zmienia się. Zaczyna zauważać potrzeby innych. Przełamuje swój egocentryzm i wychodzi naprzeciw potrzebom drugiego człowieka. Warto być otwartym na potrzebujących, dawać im radość ofiarowując pozornie małe i nieistotne rzeczy (podobno małe radości budują duże szczęście). Niesienie pomocy jest również źródłem radości, a przecież każdy chce ją odczuwać. 

Mnie poruszyła ta historia. Zwłaszcza, że w dzisiejszym świecie różnie bywa z tą wzajemną pomocą, próbą zrozumienia innych i zwróceniem uwagi na coś innego niż czubek własnego nosa. Przecież dawanie innym radości i uśmiechu nie jest trudne. Pan Tomasz pozwolił grać kataryniarzom, a tym samym dał dziewczynce powód do uśmiechu. Tak samo jest z otworzeniem komuś drzwi, podniesieniem kluczy, które upadły, przyjaznym i dobrym słowem. Nic trudnego. Myślę, że o tym mówi nowela. 

Polecam wszystkim, bo przeczytanie "Katarynki" to chwila (w perspektywie wieczności to jak jedna sekunda), a wnioski i refleksje nasuwają się same. :)

czwartek, 17 stycznia 2013

[103] Agnieszka Lingas - Łoniewska "Zakład o miłośc"

Novae Res, 2011
Literatura polska
Liczba stron: 235
9/10

Agnieszka Lingas - Łoniewska to, jak informuje mnie książka, Wrocławianka - ekstrawertyczka pisząca książki łączące sensacje z romansem, kochająca zwierzaki i Within Temptation. Lubi zwariowanych ludzi, nie cierpi obłudy. Autorka większości znana m. in. z książek pt. "Zakład o miłość", "Bez przebaczenia" i "Zakręty losu".

Sylwia, studentka ostatniego roku historii sztuki, za dwa tygodnie wychodzi za mąż. Wychowana w tradycyjnej, arystokratycznej rodzinie dziewczyna nie wie jednak do końca, jaka ma być jej życiowa droga. Gdy przyjaciółki wyciągają ją z domu na wieczór panieński, nie wie również, że ta noc zmieni jej przyszłość. Aleks „Cichy” to mężczyzna, który nie wierzy w miłość. Wychowywany przez ojca, nigdy nie wybaczył matce, że ich zostawiła. Ale czy Aleks zna prawdę o swoim dzieciństwie? I czy naprawdę jego serce nie potrafi kochać? Sylwia i Aleks poznają się na imprezie. Szorstki w obyciu, pewny siebie, nauczony brania i korzystania z uroków życia mężczyzna intryguje ją. Dziewczyna boi się swoich odczuć, zaczyna zastanawiać się nad swoim dotychczasowym życiem, ułożonym wedle reguł, które narzuca jej rodzina, tradycja i narzeczony. Orientuje się, że nowo poznany mężczyzna zaczyna coraz więcej dla niej znaczyć.Nie wie jednak, że padł pewien zakład…
„Zakład o miłość” to piękna historia, która wzrusza i przypomina o tym, że urodziliśmy się po to, aby kochać.

"Zakład o miłość" to moje pierwsze literackie spotkanie z tą autorką. Książkę pożyczyła mi Meme, za co serdecznie dziękuję, bo przeżyłam z tą powieścią w dłonie kilka wspaniałych godzin.

Ochłonęłam już nieco po lekturze jej książki, co mi bardzo dobrze zrobiło, bo po zakończeniu czytania miałam tyle myśli na raz,że trudno byłoby mi coś sensownego napisać. Powieść mnie wciągnęła od samego początku. Już po pierwszych kilku stronach żyłam życiem Sylwii i Aleksa. Zamienna narracja to w tym przypadku świetny pomysł - pozwala poznać myśli, uczucia, problemy i poglądy tych dwojga zakochanych ludzi, którzy znaleźli się w dosyć osobliwej sytuacji życiowej. Bo w końcu ile osób odnajduje prawdziwą i jedyną miłość na dwa tygodnie przed własnych ślubem? 

Postacie są nakreślone sprawnie i dokładnie. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam jak wyglądali bohaterowie książki, ponieważ autorka skupiła się na przeżyciach wewnętrznych. To dobry zabieg, bo ile można by czytać o ciuchach i fryzurze? Jestem za to wdzięczna pani Agnieszce. Przeżycia Aleksa i Sylwii są dosyć realne, rzeczywiste i realne jest też to, że osób z takimi problemami jakie mają ci młodzi ludzie jest naprawdę dużo. Tego się nie zauważa, ale ta sympatyczna para ma pewnie setki realnych odpowiedników. To smutne i przykre, nie zazdroszczę Sylwii i Cichemu takich relacji w rodzinie. Ale spotkali siebie i to pchnęło ich do zrobienia generalnych porządków w swoim życiu. 

Wszystko byłoby piękne, jak z baśni, bajki, gdzie z czasem wszystko układa się dobrze, gdyby nie ten zakład. Myślę, że każdy z nas chociaż raz, kiedyś się o coś założył. Ale czy akurat o wyrwanie laski za piętnaście klocków? Trzeba przyznać, że to bardzo pomysłowe. Lecz to właśnie ten zakład burzy niemal bajkowe piękno. Czytając tę powieść w pewnym momencie zrobiłam to co Cichy - zapomniałam o tym, ze był w ogóle jakikolwiek zakład i jakieś piętnaście klocków. Trzeba autorce przyznać, że ma niezwykły dar zwodzenia i mamienia czytelnika. To plus, bo wtedy przychodzi zupełne zaskoczenie... 

Jeszcze słówko o epilogu. Kamień spadł mi z serca jak go przeczytałam. I z chęcią przeczytałabym to co działo się między ostatnim rozdziałem powieści a epilogiem.

Książkę praktycznie rzecz biorąc pochłonęłam (czy też raczej ona pochłonęła mnie). Pani Agnieszka nie komplikowała bezsensownie języka, często dosadnie i konkretnie podsumowywała powieściową rzeczywistość. To piękna historia nie tylko o miłości, lecz także o rodzinie, poszukiwaniu prawdy, pragnieniu szczęścia i szczerości.

Autorka wpadła na super pomysł zamieszczenia na końcu książki playlisty. Kilka kawałków znałam, ale ja i tak zastosowałam swoją muzyczkę i moje mp3 mnie nie zawiodło. Jako muzyczne podsumowanie książki polecam Maanam z piosenkami "Po to jesteś na świecie" oraz "Bez Ciebie umieram". 

"Zakład o miłość" serdecznie polecam romantykom, a także osobom spragnionym podnoszącej na duchu historii. Nie żałuję czasu, który poświeciłam tej powieści.

piątek, 19 października 2012

[100] Julia Hoffmann "Dzielnica czerwonych jabłek"

 Replika, 2011
Liczba stron: 240
Literatura polska
8/10
 Julia Hoffmann ukończyła polonistykę na poznańskim Uniwersytecie im. Adam Mickiewicza oraz studium podyplomowe promocji i komunikacji w biznesie na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Pracowała m. in. jako nauczycielka, sekretarka, gosposia, urzędniczka, specjalista public relations oraz copywriter. Prowadziła także agencję reklamową. Obecnie pracuje jako dziennikarz - freelancer. Przyznaje się do dwóch słabości: kryminałów i orzechów. Chętnie słucha opowieści o życiu.

Joanna to niezbyt szczupła, niezamężna szatynka. Rzadko wychodzi z domu, zamartwia się swoim wyglądem, mieszka tylko z kotem. Od dzieciństwa żyje w cieniu siostry, w piątkowe wieczory ogląda w łóżku filmy, a zamiast sprzątać – nałogowo czyta książki. Jak na typową szarą myszkę przystało, pracuje w biurze. Tu jakieś spotkanie, tu zaległy mail do Buby w sprawie żeberek, kurczaków lub uproszczonej instrukcji obsługi mężczyzn... Nuda? Tylko do czasu. Oto na drodze Joanny staje Czapla. Nie zwykła, pospolita czapla, ale ON – ze swoim pięknym nosem, powalającym na kolana niskim głosem i cholera wie czym jeszcze. Typowy bohater komedii romantycznej, który ma wywrócić świat bohaterki do góry nogami. Czy tak się stanie?

Książka patrzyła na mnie z bibliotecznej półki. Mrugały do mnie jabłuszka w kolorze soczystej, żywej czerwieni. Owocem wyglądają tym lepiej, że tłem dla nich jest biało - brązowy portret sentymentalnie uśmiechającej się kobiety. Okładka tak przykuła moją uwagę, że grzechem byłoby nie wypożyczyć tej książki. Ale przecież okładka to nie wszystko, prawda?

Jeżeli chodzi o fabułę... W opisie zaintrygowało mnie ostatnie zdanie w odniesieniu do niezwykłego mężczyzny, którego spotyka Joasia. Zasiało to we mnie ziarenko zwątpienia. Zaczęłam się zastanawiać czy bohaterka rzeczywiście przejdzie obok miłości życia, która właściwie stanęła jej na drodze. A właściwie w sklepie. Czapla został przez autorkę ciekawie wkomponowany w akcję. Pojawia się na początku, potem długo go nie ma, aż zjawia się przy boku Joanny w najmniej spodziewanym przez czytelnika (i główną bohaterkę chyba też) momencie. Jest to niewątpliwy atut tej książki.

Joanna to "typowa szara myszka" jak wynika z opisu powieści. Ma czterdzieści trzy lata, przygarniętego kota, Bubę i Bolka, schorowaną matkę oraz zaślepioną prze karierę siostrę. Mieszanka wybuchowa, a to jeszcze nie wszystko. Bohaterka boryka się z problemami zwykłych ludzi. Ciężko chora mama wymaga opieki, ojciec wykłóca się o sens codziennego przybywania Joanny do domu rodziców. Spory z siostrą, problemy z pracą, a w końcu jej utrata. A w tym wszystkim Asia poszukuje mężczyzny, z którym mogłaby spędzić resztę życia. Joanna to zwykła kobieta jakich wiele na świecie. Ale myślę, że dzięki temu czytelniczki książki tym bardziej ją polubią - zobaczą w niej sprzymierzeńca w codziennym bytowaniu na ziemi.

Bohaterka powieści opowiada w paru zdaniach o swoim życiu na blokowisku. I w tym momencie Joasia podbiła moje serce, bo sama mieszkam w takim miejscu. Choć nie lubi tych klitek w blokach, to nie wstydzi się tego. Zostawiła tam przecież kawał swojego życia. Tu zna każdy blok, drzewo, nierówny chodnik. Przez jej wypowiedź przebija jakby przywiązanie do tego miejsca.

Autorka powieści pokazała, że cudowne i niemal upajające uczucie zakochania, potrzeby kogoś bliskiego u boku nie jest zarezerwowane dla osób wyłącznie przed trzydziestką. Każdy, niezależnie od tego czy ma lat czterdzieści trzy czy dwadzieścia trzy, ma prawo kochać i być kochanym! Dlatego cieszę się, że Joanna nie uległa stereotypowi "miłości wyłącznie dla młodych" (kwestią dyskusyjną jest to, kim jest osoba młoda, ale myślę, że wiecie o co mi chodzi).

W powieści pojawia się problem zaniedbywania dzieci przez rodziców. Rodzice oczywiście problemu nie widzą, bo przecież dziecko jest niemal dorosłe i nie potrzebuje uwagi i rodzicielskiego ciepła. Toż to najprawdziwsza bujda na resorach! W powieści Julii Hoffmann ten wątek kończy się dobrze, ale w życiu często nie jest tak różowo. To taka małą przestroga.

"Dzielnica czerwonych jabłek" to powieść o codziennym życiu, które nie jest tak różowe jak w telewizyjnych serialach. Książka urzeka tym, że czytając ją można odnaleźć siebie w tym powieściowym życiu. Bo przecież ono jest tak podobne do naszego, tego zza okna.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

[98] Ewa Barańska "Nie odchodź, Julio"

Telbit, 2011
Liczba stron: 256
Literatura polska
10/10

Ewa Barańska jest cenioną autorką powieści dla młodzieży. Jej talent literacki prezentują powieści poruszające tematy ważne, choć czasem kontrowersyjne - "Klara M.", "Żegnaj Jaśmino" czy też "Z kim płaczą gwiazdy". W dorobku pisarki odnajdziemy także powieści z nutką dreszczyku, czyli "Pierwiastek zero" oraz "Ostatni Wielki Kahun".

Julia to urocza, inteligentna, ambitna nastolatka z pasją do nauki i o nietypowych zainteresowaniach, żyjąca jednak w cieniu pięknej siostry i grona jej znajomych – lokalnej śmietanki towarzyskiej. W jej życiu nieomal jednocześnie pojawia się miłość i nieuleczalna choroba. Mimo uciążliwości terapii, dziewczyna rozkwita, zdobywając serce Wiktora. Czy wzajemne uczucie zwalczy ból, strach i zwątpienie? Czy wystarczy do pokonania choroby? Czy każdy z nas może pomóc losowi w dopisaniu happy endu?... Wzruszająca historia o miłości wartej najwyższego poświęcenia, o niezasłużonym cierpieniu i młodym życiu, które trzeba ratować za wszelką cenę...

W ubiegłym tygodniu coś mnie podkusiło i zajrzałam do biblioteki. Bez zastanowienia zwinęłam z regału "Nie odchodź, Julio". Na książkę polowałam już wcześniej w kilku konkursach, bez powodzenia. Zainteresował mnie opis zapowiadający dobrą, wciągającą historię. Zapowiedź zapowiedzią, a jak ta historia wygląda w rzeczywistości?

Książka zaczyna się bardzo ciekawie, bo rozmową dwojga przyjaciół na temat tego, że co raz mniej jest dziewcząt, z którymi można nie tylko się całować i spędzać upojne noce, ale też porozmawiać czy wyjść na spacer, do kina czy teatru:
"To okropne. Wciąż spotykam dziewczyny, które nie chcą być mądre, wykształcone, kulturalne, inteligentne, tylko chcą być sexy. a przecież ta pierwotna funkcje fizjologiczna nie może zdominować życia."
Ponieważ przez ostatnie kilka dni moje myśli kręciły się wokół podobnych stwierdzeń, od razu przyklasnęłam Adamowi. I zaczęłam czytać dalej. Przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. 

Dalej spotykamy Wiktora. Mądrego chłopaka studenta Wydziału Matematyki i Nauki Informatycznych na Politechnice. Ma trójkę wspaniałych przyjaciół oraz dziewczynę, najpiękniejszą z najpiękniejszych, Idę. Zachwycony, że taka dziewczyna jak ona, spojrzała na takiego chłopaka jak on, lekko traci kontakt z rzeczywistością i kumplami. Gdy spotyka Julię wszystko powoli i nieznacznie zaczyna się zmieniać. 

Z kolei Julia to skromna cicha dziewczyna zafascynowana starymi kulturami. Żyje sobie spokojnie obok siostry i jej elity. I nagle spotyka Wiktora. Niby nic takiego, pewnie byłaby sielanka, ale... No właśnie, ale. Równie niespodziewanie i zupełnie przypadkowo okazuje się, że jest nieuleczalnie chora i jedynym sposobem na całkowicie normalne życie jest przeszczep nerki. Do głosu dochodzą też kompleksy - Julia wstydzi się swojego wyglądu, boi się, że zapoczątkowana luźnymi rozmowami w parku znajomość z Wiktorem rozpryśnie się niczym bańka mydlana. 
"Przecież nikt nie pokocha mało atrakcyjnej dziewczyny z wyrokiem śmierci."

A jednak okazuje się, że Julia w Wiktorze (a Wiktor w swoich kumplach) ma ogromne wsparcie. Wspólnie przeżywają najpiękniejsze chwile w życiu, wspólnie też przeżywają gehennę choroby. Wspólnie walczą o jeszcze jeden spokojnie spędzony dzień, o jeszcze jeden uśmiech, o jeszcze jedną małą radość. Czasem wydawało mi się, że są w tej walce sami, opuszczeni przez rodzinę dziewczyny, która choć cierpi i szuka sposobu na ratunek, to nie chce narażać starszej siostry Julii i nie wierzy w szczerość i prawdziwość uczuć Wiktora. Nawet wtedy zwycięża kult starszej Kaliny. To trochę przerażające. 

Pani Ewa bardzo wiarygodnie opisuje chorobę Julii, pobyty w szpitalu i innych chorych. Jest to na tyle wiarygodny, ale nie przesadzony opis, że wyciska łzy. Nie ma tu zbędnych słów, każde zdaje się być doskonale przemyślane.

Autorka książki poruszyła też bardzo ważny temat - transplantacja szansą dla innych. Śmierć jednej osoby, a tym samym jej narządy, może uratować życie aż piętnastu innym osobom, jak napisała pani Ewa. To brutalne, ale i piękne. Dlatego tak ważne jest choćby oddawanie krwi czy zaistnienie w bazie dawców szpiku kostnego. Możemy pomóc innym, a poza tym nie wiemy czy Nam samym nie przyjdzie kiedyś z tego korzystać (oby nie!). 

Zakończenie jest otwarte. Możemy sobie dopowiedzieć, dopisać dalszą część historii Wiktora i Julii. Nie zdradzę Wam, w którym momencie ich życia kończą się karty powieści - dowiecie się, gdy sami przeczytacie "Nie odchodź, Julio".

Mam nadzieję, że sięgniecie po tę powieść i pchniecie ją dalej - do znajomych, znajomych znajomych i tak dalej...

niedziela, 6 maja 2012

[93] Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Finding Noel
Znak, 2011
Liczba stron: 296
Literatura amerykańska
10/10

Richard Paul Evans to urodzony w Salt Lake City amerykański pisarz, autor m. in. bestsellerowych "Stokrotek w śniegu". W sumie napisał ponad 20 powieści, w języku polskim jest dostępnych tylko kilka, a szkoda. 

Czy wierzysz w to, że anioły naprawdę czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię? Mark przekonał się o tym wraz z pierwszym łykiem gorącej czekolady, która pewnego wieczoru nalała mu do filiżanki Macy. Spotkali się przypadkiem. On - życiowy rozbitek, samotny i zrezygnowany, ona - doświadczona przez los i skrzywdzona w dzieciństwie, jednak mimo wszystko skłonna do niesienia pomocy innym. Z lękiem, ale i radością obserwują rodzące się między nimi uczucie. 
Tylko czy trudna przeszłość nie okaże się silniejsza od ich młodej miłości? I kim jest tajemnicza Noel, która może całkowicie zmienić ich życie?

"Szukając Noel" znalazłam po choinką w ubiegłe święta. Sięgnęłam po nią dopiero teraz, w długi weekend, chcąc odpocząć od szkoły i lektur. Książkę pochłonęłam w dwa dni (dzisiaj rano skończyłam), a to chyba o czymś świadczy ;) Z panem Evansem spotkałam się już wcześniej przy okazji czytania "Stokrotek w śniegu" i było to spotkanie niesamowite, magiczne. To obecne także takie było. 
Zakochałam się w ksiązce od pierwszego zdania:
"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu." 
Historia, która urzeka już od pierwszego zdania, musi być niezwykła, prawda? 
Tytuł sam w sobie też jest intrygujący. Jaka Noel? Kim była, co zrobiła? Dlaczego głównej bohaterce tak zależy na odnalezieniu jej? Jest to bez wątpienia wiodący motyw w tej książce, ja jednak uważam, że on jest tylko tłem, dla innych poszukiwań. Poszukiwań samego siebie, swoich prawdziwych pragnień, marzeń. W pewien sposób także delikatnie zmusza bohaterów do podjęcia ważnych decyzji, które uporządkują bałagan w ich życiu i uzupełnią brakujące puzzle. Bez nich nie można zrobić porządku. 
Ciekawe były hasła rozpoczynające każdy z 36 rozdziałów (+Epilog). Pochodzą one z pamiętnika Marka, głównego bohatera. Jedne skłaniają do refleksji i pokazują nam pewne oczywste oczywistości. Inne są całkiem zabawne, jak to:
"Zadzwoniłem do Tennys, by powiedzieć jej, że wracam do Utah. Nawet jeśli był tym zawiedziona, nie dała po sobie niczego poznać. Słowo daję , ta kobieta jest niesamowita. Gdyby powiedzieć jej, że płoną jej włosy, najpewniej spytałaby grzecznie, czy kolor płomieni pasuje do bluzki."
Spodobali mi się główni bohaterowie. Młodzi ludzie, po przejściach, raczej z niewesołym dzieciństwem. Ale piękne jest to, że mimo tego żyją dalej, pomagają innym, zawierają przyjaźnie, darzą szczerą miłością. Kiepski początek nie musi oznaczać równie kiepskiej kontynuacji i takiegoż zakończenia.
Wszystko to było niesamowite, jedyne w swoim rodzaju itp., itd., ale prawdziwym tajfunem był ostatni akapit. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak wielu z Nas lubi Święta Bożego Narodzenia? Nie te komercyjne, odbywające się w witrynach niemal wszystkich sklepów, galerii handlowych czy pasaży, ale te, z zieloną choinka w kącie domu, zapachem makowca, Cichą Nocą w tle, najbliższym przy stole. Mark Smart, chłopak z kartek książki odkrywa wszystkie karty i ukazuje Nam nasze przywiążanie do świąt w taki sposób:
"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."
Mnie ta powieść naprawdę urzekła. Będzie dla mnie wyjątkowa zawsze i zapewne przeczytam ją jeszcze nie raz. Przeczytajcie, zachwyćcie się i zmotywujcie kolejną osobę do przeczytania jej ;).

wtorek, 13 marca 2012

[90] Jarosław Kret "Planeta według Kreta"

Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011
Liczba stron: 280
Literatura polska
8/10

Jarosław Kret to polski dziennikarz telewizyjny oraz fotoreporter. Z wykształcenia jest egiptologiem. Obecnie kojarzony często z pracą jako prezenter pogody.

Jarosław Kret w swojej działalności reporterskiej i dziennikarskiej przemierzył niemal cały świat! Chętnie dzieli się wrażeniami ze swoich wypraw.
W najnowszej książce zabiera czytelników do miejsc szczególnie mu bliskich. W ujmujący sposób opowiada o niezwykłych zabytkach, osobliwych zwyczajach, a przede wszystkim niepospolitych ludziach, których spotkał, ich zajęciach i tradycjach

Na Gwiazdkę prosiłam wujostwo o jedną z książek Jarosława Kreta, a konkretnie o "Moje Indie". Zamiast tego pod choinka znalazłam "Planetę według Kreta", która okazała się świetnym podarunkiem.

Naszą przygodę zaczynamy w Europie. Potem zahaczamy o Bliski Wchód, potem szturmujemy Afrykę, następnie łykamy troszkę klimatu Ameryki Południowej. Wyczerpującą podróż kończymy na luksusowym, niedostępnym zwykłym śmiertelnikom Mauritiusie.
Nie ukrywam, że pierwszy rozdział opowiadający o Austrii zanudził mnie totalnie. Był dla mnie nieinteresujący i nieciekawy. Ale zrekompensował mi to nie tylko kolejny rozdział, ale takze każdy następny.
Jeden z rozdziałów jest całkowicie poświęcony kobietom w islamie. Jest napisany z nieprzeciętnego punktu widzenia - możemy obserwować rozmowę kilku muzułmanek. Rozdział ten obfituje też w fotografie muzułmanek. Niektóre pracują w polu, inne się modlą, jeszcze inne idą ulicami miasta. I nie wszystkie ubrane są od stóp do głów.
Jarosław Kret w swoich relacjach z podróżny wspomina tez o pracy polskich archeologów w Libanie, a także o misjonarzach - Polakach na Madagaskarze.
Ogromna zaletą książki są obłędne zdjęcia. Wszystkie były niesamowite, przyciągające i hipnotyzujące. Mam kilka ulubionych. Najpierw spodobało mi się zdjęcie Tunezyjczyka, którego zdjęcie znajduje się na wstępie do rozdziału. Kolejne zdjęcie - chyba najbardziej przeze mnie lubiane - przedstawia cztery uśmiechnięte młode Malgaszki. Poza tym podobały mi się zdjęcia miejsc takich jak Wenecja czy Brazylia.
Książka jest mila odmianą od suchych przewodników, opisujących tylko najważniejsze i najbardziej kultowe miejsca w danym kraju. Jarosław Kret pokazuje nam te mniej uczęszczane zakątki.

Podsumowując - "Planeta według Kreta" jest fajną lekturką na nudne popołudnia. Ona przeniesię Cię w dalekie krainy, gdzie nie będziesz mieć czasu na nudę.

środa, 16 listopada 2011

[82] Beata Pawlikowska "Blondynka w Indiach"

G+J RBA, 2011
Liczba stron: 160
Literatura polska
9/10

Beata Pawlikowska - tłumaczka, pisarka, podróżniczka, dziennikarka, ilustratorka. Można ją usłyszeć w Radiu Zet podczas audycji "Świat według blondynki". (Audycję polecam, jest super). Autorka mnóstwa książek. W tym serii "Dzienniki z podróży" oraz "Blondynka na językach".

Seria książek przygodowych znanej podróżniczki i pisarki, Beaty Pawlikowskiej. Najbardziej niezwykłe zakątki świata, zaskakujące obserwacje, zabawne rysunki i kolorowe fotografie. Świątynia Szczurów i dzikie wielbłądy, riksze, słonie, diamenty, pustynia w Radżastanie, New Delhi, Taj Mahal, Wisznu i skarby maharadży.

"Blondynkę w Indiach" dostałam jako prezent urodzinowy od Meme. Z zapałem zabrałam się do czytania.
Indie strasznie mnie kręcą. Trochę irracjonalnie - nigdy tam nie byłam i być może nigdy nie będę. Ale czytam, słucham, poznaję. Podziwiam barwne sari Hindusek, chciałabym nauczyć się hindi. Ale przede wszystkim chciałabym zobaczyć chociaż część tego kraju na żywo. Kto wie, może kiedyś mi się uda?
Nim zaczęłam czytać, wiedziałam o świętych krowach, o Tadż Mahal, Świątyni Szczurów. A mimo to książka mnie wciągnęła. Tak jak w innych tomach serii jest tutaj niezwykła magia podroży. Klimat zapewne tworzą fantastyczne zdjęcia i obrazki. Zdjęcia są niesamowite, proste, ale piękne. I o to chodzi.
Najbardziej podobała mi się historia Tadż Mahal. Któż nie słyszał o tym Pomniku Miłości? Mnie zawsze wydała się piekielnie romantyczna. Rozumiecie - mąż buduje na cześć swojej ukochanej zmarłej żony piękny pałac-mauzoleum. Dalej rozpacz, żal, smutek, tęsknota. Ale czy tak było naprawdę? Czy to tylko legenda, piękna baśń? Pani Pawlikowska trochę zburzyła mój światopogląd w kontekście tej atrakcji Indii ;). Ale ja i tak będę twierdziła swoje. W końcu legendy też czemuś muszą służyć. Odwiedziny w Świątyni Szczurów też były dla mnie ciekawym przeżyciem czytelniczo-podróżniczym. To chyba jedyne miejsce na świecie gdzie szczury bez przeszkód sobie egzystują. I mało tego są obiektem jakiegoś tajemniczego kultu. Dla nich przyjeżdżają ludzie z całych Indii, ba! z całego świata.
Indie mają w sobie coś. I na zdjęciach, i na papierze, i w telewizji i w radiu i... I w ogóle wszędzie. Książka spodoba się miłośnikom podróży, fanom pióra pani Pawlikowskiej, zainteresowanym Indiami. Słowem - wszystkim!

"Indie są zwierciadłem świata. Jest tu wszystko. Wielka bieda i wielkie bogactwo. Niezwykłe uduchowienie i równie niezwykle cuchnący mur, pod którym załatwiają się przechodnie. największy pałac prezydencki świata i największe slumsy. Najlepsza kuchnia i niedożywione dzieci. Wszystko jest w Indiach jak w pigułce będącej lustrzanym odbiciem reszty świata."

wtorek, 11 października 2011

[79] Barbara Kosmowska "Samotni.pl"

W.A.B., 2011
Liczba stron: 232
Literatura polska
10/10

Barbara Kosmowska obecnie pracuje w Akademii Pomorskiej w Słupsku. Jej naukowe zainteresowania to literatura pozytywizmu oraz literatura dla dzieci i młodzieży (współpracuje z poświęconym tym problemom czasopismem Guliwer). Pełni również funkcje kuratora społecznego oraz radnej w Bytowie. Napisała m. in. "Bubę" oraz jej kontynuację - "Buba: sezon ogórkowy". "Pozłacana rybka" otrzymała nagrodę literacką Książka Roku 2007 przyznawaną przez Polską Sekcję IBBY. Natomiast "Teren prywatny" wygrał konkurs literacki pod nazwą Dziennik polskiej Bridget Jones.

Joanna ma pudełko z listami do mamy, których nigdy nie wyśle; Kaja - kilka kilogramów nadwagi i wiele kompleksów; Wiktor - schorowaną babcię, podejrzanych kumpli i bezużyteczną kolekcję modeli samolotów. Czy kiedy przetną się ich ścieżki, łatwiej będzie pożegnać czas rzekomej beztroski dzieciństwa i wkroczyć w brutalny świat dorosłych? Cała trójka musi uważać, by w pośpiechu nie stracić z oczu tego, co najważniejsze - prawdziwej przyjaźni i miłości.
Poruszająca i ciepła historia o wrażliwości, uśmiechu przez łzy, o poznaniu i akceptacji samego siebie oraz problemach, z którymi boryka się każdy młody człowiek.

Z kilkunastu powieści pani Kosmowskiej miałam okazję przeczytać "Bubę", jej kontynuację oraz "Pozłacaną rybkę". Niedawno do tej listy dołączyli "Samotni.pl"
Musze przyznać, że kiedy zobaczyłam na półce z bibliotecznymi nowościami książkę pani Barbary Kosmowskiej moje plany legły w gruzach. Miałam bowiem zamiar nie wypożyczyć nic i w całości poświęcić się lekturze na język polski. Jak już zapewne się domyślacie, mimo wszystko wypożyczyłam "Samotnych..." i nie żałuję.
W wielu powieściach zajmują nas problemy tylko jednego, głównego, najważniejszego bohatera. Tutaj borykamy się z kłopotami aż trojga osób - Joasi, jej siostry Zosi i Wiktora. Każdy ma własny świat, problemy, poglądy. Tak więc poznajemy świat z punktu widzenia trzech różnych, niepowtarzalnych osób.
Zofia, zwana po protu Zosią. Jest nauczycielką Wiktora w liceum. Dla swoich uczniów chce naprawdę dobrze, dla siostry zresztą też. To dla zazdrosnej i poniekąd egoistycznej Asi odsuwa od siebie zakochanego (chyba z wzajemnością) Krzysia. Jest rozdarta, bo kocha siostrę i chce by była szczęśliwa po tym co przeszła, ale sama też chciałaby coś od życia. Kiedy więc Joanna znajduje przyjaciół cieszy się razem z nią.
Joanna jest uczennicą gimnazjum. Nie ma przyjaciół, jak twierdzi przez swoją odmienność. Ale potem w tej odmienności znajdzie siłę do życia i oderwania się od Zośki. Myślę, że znalezienie chłopaka i przyjaciółki mocno podbudowało i uporządkowało dziewczynę. która była nieco zbuntowana, zarozumiała i egoistyczna. Tak przynajmniej ja postrzegałam ją z początku. Ale wiadomo, jak to w książce - nic nie jest takie jakie się wydaje...
Wiktor to sympatyczny chłopak, który jednak popadł w niesympatyczne towarzystwo kompletnie do niego nie pasujące. Ma bardzo fajną babcię - to chyba najsympatyczniejsza literacka starsza pani, o której miałam przyjemność czytać. Bardzo wspiera swojego wnuka. Jak już pisałam Wiktor się pogubił w życiu. Jednak są na świecie osoby, które spróbują go zrozumieć i będą motywować do zmian.
Książka pokazuje, że przyznanie się przed sobą do błędu wcale nie muszą być upokorzeniem o czym bohaterowie powieści się przekonują na własnej skórze. A prawda może być sprzymierzeńcem. Dzięki niej otwieramy oczy, jesteśmy szczerzy ze sobą i otoczeniem. Równie ważne są śmiech, radość, miłość. One nadają jasnych barw w codziennym życiu nastolatków, które wcale nie musi być łatwe, proste i nieskomplikowane.
"Samotni.pl" to powieść o osamotnionych nastolatkach, którzy poszukują siebie. W tych poszukiwaniach błądzą, gubią się, czasem odtrącają pomocną dłoń, by potem jednak ją przyjąć. W tym poznawaniu nie są sami - są z nimi bliscy. Starsi, znający świat i ich rówieśnicy, którzy dopiero próbują ogarnąć rzeczywistość.
Polecam książkę na takie deszczowe dni. Powieść pani Kosmowskiej idealnie będzie się komponować z kocykiem, ogniem w kominku i kubkiem ciepłej herbaty (tudzież kawy, w zależności od zamiłowania).

poniedziałek, 30 maja 2011

[68] Beata Pawlikowska "Blondynka w Himalach"

G+J RBA, 2011
Liczba stron: 160
Literatura polska
9/10

Beata Pawlikowska to polska podróżniczka, pisarka, tłumaczka. Pisze nie tylko książki, także reportaże. "Blondynka w Himalajach" to kolejna książka z serii "Dzienniki z podróży"

Morderczy trekking w okolicach Annapurny, bajkowe lasy kwitnących rododendronów, pierożki momo, kamienne wioski, buddyjskie świątynie i mądrość niebiańskiego spokoju gór na Dachu Świata.

"Blondynka w Himalajach" to kolejna książka pani Pawlikowskiej, którą przeczytałam. I znów jestem zachwycona.
Tak na początek, okładka. Jak zawsze genialna. Cały czas zastanawiałam się kim jest ten wymalowany człowiek ze zdjęcia. Jak się później okazało to Sai baba. Jednak to do czego dąży ten mężczyzna dowiecie się z książki ;)
"Blondynka w H..." wciąga. Są tu barwnie opisane miejsca, które autorka widziała, które ją otaczały. Na kartach książki znajdziemy również myśli, rozważania i uczucia. Nie jest to nudne klepanie o tym, jak piękno i charakter otaczającego miejsca wpływa na samą autorkę. Nie ciągnie się to w nieskończoność. Jest opisane wyraziście i uczuciowo, ale także ciekawie i zwięźle.
W książce znajdziemy także garść lokalnych nowinek kulinarnych. Beata Pawlikowska przybliża nam obraz jadanych w Himalajach potraw. Prawdę mówiąc nabrałam ochoty na tajemnicze pierożki momo i herbatę z imbirem.
I znowu trochę o tradycji i kulturze w Nepalu. Małżeństwo, wojsko... Wiedzieliście, że w Nepalu jest góra, na którą wejście jest zabronione? Kim są Gurkhowie?
Przyznam się, że jednak ostatnie kilka stron opisujących Thamel po prostu przerzuciłam.
Kplejna książka Pawlikowskiej, która niesamowicie wciąga i zajmuje czas. Jest jednym z tych pożeraczy czasu, ale myślę, że warto przeczytać.