"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett

piątek, 27 czerwca 2014

[136] Virginia C. Andrews "Kwiaty na poddaszu"

Flowers in the attic
Świat Książki, 2014
Liczba stron: 381
Literatura amerykańska
7/10

Virginia Cleo Andrews to amerykańska pisarka, autorka sagi o Dollangangerach, która zrobiła furorę na świecie. W skład sagi poza "Kwiatami na poddaszu" wchodzą tytuły: "Płatki na wietrze", "A jeśli ciernie", "Kto wiatr sieje" i "Ogród cieni". 
Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.

W sumie tej książki nawet nie planowałam kupić. Chciałam jedynie przeczytać, żeby dowiedzieć się czegoś o fenomenie tej powieści. Ale chyba każdy z nas zna to uczucie, kiedy książka jest na promocji i aż słyszymy jak mówi "kup mnie". No i kupiłam. Wydanie ładne, w twardej oprawie, dobrej jakości papier i odpowiednia czcionka. Od tej strony książka niewątpliwie warta zakupu. A jak było z treścią?

Gdy zaczynałam czytać byłam sceptyczna i to dość mocno. Zwłaszcza początek mnie nie przekonywał, jakoś nie czułam tego. Ale w miarę czytania co raz bardziej zagłębiałam się w tragiczną historię rodzeństwa. Książka mnie wciągała i intrygowała, wciąż zadawałam sobie pytanie: co będzie dalej?

Pamiętam, że gdy skończyłam czytać tę powieść napisałam do przyjaciółki, że ta książka jest... chora. Zdarzenia, które mają miejsce na kartach lektury są nie do opisania tak naprawdę. Nigdy bym nie wpadła na coś takiego, tak intrygującego czytelnika, ale jednocześnie chorego, niezdrowego, czysto patologicznego. Dzieciaki zamknięte na poddaszu przeżywają prawdziwy koszmar, dramat dla psychiki. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu czytała tak przerażającą a niby niewinną powieść. Nikt nikogo nie morduje, nie katuje notorycznie, nie znęca się fizycznie, a autorka i tak uzyskała mroczny i napawający niepokojem klimat.

Mimo tego napięcia i dreszczyku, które czułam podczas czytania to zdarzały się też momenty nudnawe, przeciągające się niepotrzebnie, trochę drażniące rozochoconego czytelnika. Chwilami zmuszałam się do czytania niektórych fragmentów i musiałam się pilnować, żeby nie opuszczać akapitów czy stron.

"Kwiaty na poddaszu" to historia, która absolutnie nie mieści mi się w głowie. Nawet nie umiem sobie wyobrazić tego co czuły dzieci tam zamknięte na kilka lat. Tam dojrzewały, dorastały, zaczynały odczuwać potrzebę drugiego człowieka, ale takiego, który nie jest bratem czy siostrą lecz takiego, który uraczy ich pierwszym pocałunkiem. Dwójka starszego rodzeństwa przejmuje rolę dorosłych w tej dziwnej sytuacji. Wszystko odbija się na ich psychice, również ich bratersko - siostrzana miłość może zostać wystawiona na próbę. Nie dość strasznych przeżyć na poddaszu, dopiero końcowe odkrycie Chrisa jest szokujące.

Autorka przedstawiła piekło na ziemi, w którym żyje czworo dzieci niezwykle plastycznie, co daje czytelnikowi dreszczyk emocji i wciąga go w tę chorą opowieść. Były chwile, gdy czułam się jakbym była z nimi na tym poddaszu w roli obserwatora, mającego jednocześnie szansę wnikać w marzenia i pragnienia bohaterów.

"(...) rozmawialiśmy o życiu, jakie chcieliśmy wieść, gdy będziemy już wolni i bogaci jak król Midas. Podróżowalibyśmy dookoła świata. On spotkałby i pokochał najpiękniejszą, seksowną kobietę, inteligentną, wyrozumiałą, czarującą i niesamowicie dowcipną;"

"Kwiaty na poddaszu" są niewątpliwie historią nietypową, interesującą, niezwykle dziwną. Choć zdarzały się momenty nudne czy mało ciekawe (w perspektywie całej powieści), choć czasem irytowali mnie bohaterowie to powieść ta była nowym, intrygującym doświadczeniem. Intrygującym na tyle, że mam chęć przeczytać pozostałe tomy tej opowieści.

cytat: "Kwiaty na poddaszu", str. 124
_______

Odebrałam dziś wyniki matur, zdałam rewelacyjnie :) 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Fotorelacja: Kwiaty, czyli gdzie byłam jak mnie nie było.

Trochę mnie tu nie było, zostawiłam bloga nie dając znaku życia. Nieco pochłonęła mnie i mój czas dorywcza praca oraz pomoc rodzicom na działce. Zawsze to miły odpoczynek łączący przyjemne z pożytecznym. Prawie napisane są dwie recenzje, w perspektywie dwie kolejne, z początkiem lipca zaprezentuję Wam stosik. Mam nadzieję, że mój buntowniczy komputer będzie ze mną współpracować :)

Póki co prezentuję Wam trochę fotografii kwiatów - efekt szwędania się z tabletem po działce.

Aksamitka.

Nie wiem co to, ale ładnie kwitnie.

Liliowiec.
W tym przypadku też nie znam nazwy.

I znów nie wiem co to. Ale prześliczne ma kwiaty.

Łubin. Uwielbiam go.
Tzw. "Pokrzywka".

I znów liliowiec.

Malutkie jabłuszka.
Melisa.


Na dwóch ostatnich zdjęciach widać to, co podczytywałam (i z przerwami podczytuję nadal) przez ostatnie kilka dni - Stanisława Mackiewicza "Europa in flagranti", czyli pełne anegdot felietony historyczne. Lektura nieco bardziej wymagająca (zwłaszcza skupienia potrzeba), ale satysfakcjonująca. Zajmowały mnie nieco także fiszki "Poznaj Włochy" z Wydawnictwa Cztery Głowy.

W piątek odbieram wyniki matury. Jest lekki stresik, ale co ma być, to będzie ;)

Tyle na dziś ode mnie, do zobaczenia! :)

środa, 4 czerwca 2014

[135] Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu"

God never Blinks. 50 Lessons for Life's Little Detours
Insignis, 2012
Liczba stron: 320
Literatura amerykańska
10/10

Regina Brett to felietonistka pracująca dla dziennika "Plain Dealer" w Cleveland. Felietony pisze od 1994 roku. Jej teksty zostały wyróżnione różnorakimi nagrodami. Została finalistką Nagrody Pulitzera, zdobyła także National Headliner Award. "Bóg nigdy nie mruga" to jej pierwsza książka. Na polskim rynki wydawniczym ukazał się także drugi to felietonów "Jesteś cudem".

Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów i prostych sentencji. Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach. Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.

Zbiór felietonów Reginy Brett znalazł się na mojej półce drogą szkolnego wyróżnienia. W moim liceum uczniowie sami wybierają sobie nagrody z określonej puli książek. W tym ostatnim licealnym roku najbardziej zainteresowały mnie właśnie krótkie formy pani Brett. Choć nie zupełnie przekonana, zgarnęłam lekturę ze stolika. Jak się okazało całkiem niedawno - z tymi felietonami spędziłam bardzo miłe chwile. 

W życiu spotykają nas różne sytuacje. Często biorą nas z zaskoczenia. Ktoś choruje na raka, kogoś rzuciła ukochana osoba, ktoś stracił pracę, a ktoś inny dowiaduje się, że za kilka miesięcy zostanie rodzicem. To momenty trudne, niespodziewane, które wymagają przeorganizowania dotychczasowego sposobu życia. Tylko... jak to zrobić, żeby nie zwariować i się nie załamać? 

Autorka felietonów przy pomocy własnych kolei życia pokazuje, ze życia nie należy traktować jak balast. Przecież mimo trudnych chwil, kiedy to życie rzuca człowiekowi kłody pod nogi, to jest ono piękne. Sama twierdzę, że te chwile smutku, łez, wątpliwości nadają większej wartości tym dniom pełnym słońca i radości. Czy śmiech miałby sens, gdybyśmy nie znali tych kilku spływających kropel po policzku? Ale, ale. Felietonistka pisze nie tylko o trudnościach życia. Porusza też tak codzienne tematy jak oszczędzanie, walczenie o swoje pasje, troska o najbliższych, miłość do drugiego człowieka, akceptacja samego siebie oraz wiara (niezależnie od religii).

Te teksty mocną budują czytelnika. Przywracają nadzieję, powodują uśmiech na twarzy, czasem łza się w oku kręci. Kilkustronicowe felietony poruszają struny w duszy, które są głęboko schowane, te, o których istnieniu czasem się zapomina. Gdy je czytałam wybuchałam śmiechem, bo nagle kojarzyły mi się rzeczy dla mnie osobiste, odkrywałam je na nowo. Niektóre słowa wywoływały we mnie wzruszenie i sentyment. Bardzo fajna konstrukcja spisu treści pozwoliła mi na zaznaczenie ołówkiem najważniejszych dla mnie tekstów, które powinnam sobie wziąć do serca, do których powinnam wracać w chwilach zwątpienia. Ponadto w książce zaznaczyłam sobie ponad 20 cytatów.

Najważniejsze to czytać tę książkę ze spokojem, powoli, ze zrozumieniem i delikatnym uśmiechem szczerej sympatii na ustach. Ten zbiór felietonów to pozycja o wyjątkowej wartości. Pozwala odkryć świat, życie i siebie na nowo, zaobserwować pewne sytuacje w nowym świetle. Chociaż tak trochę się zastanawiam... Czy to na pewno 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu? A może 50, czasem ekstremalnych, życiowych przygód? Zgodnie z filozofią autorki w każdej trudnej chwili należy odnaleźć coś pozytywnego, coś dobrego. Takie momenty hartują nasze serca i dusze, pomagają zdobywać doświadczenie i po prostu ŻYĆ. 

Ciężko mi recenzować tę książkę, gdyż jest ona jednym z najbardziej osobistych przeżyć w ostatnim czasie, zwłaszcza przeżyć literackich. To była moja osobista intymna rozmowa z samą sobą, z pasjami, planami, marzeniami, tęsknotami. To też mój kontakt z Bogiem, który zawsze patrzy i wszystkiego pilnuje, ponieważ nigdy, przenigdy nie mruga i niczego nie przegapia.

Jestem zachwycona tymi tekstami napisanymi z miłością i humorem. Całym sercem oddałam się tej książce, a ona oddała się mnie. Mam wrażenie, że ona jest o mnie, dla mnie, a zarazem jest dla całego świata. Najchętniej kazałabym przeczytać tę książkę wszystkim, niezależnie od preferencji czytelniczych. Koniecznie pożyczę ją z radującą się duszą mamie, siostrze, przyjaciółce i chłopakowi. Niech odkrywają nowe lądy życia. 

Gorąco Wam polecam książkę pt. "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett. To tyle ode mnie. 

"Co miałam zrobić ze swoim życiem? Przyszłość mnie przytłaczała. Aż pewnego dnia przyjaciółka z terapii poradziła mi: po prostu zrób następny, właściwy krok. 
To wszystko?"

"To wybór, a nie przypadek decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens. Nikt inny nie dysponuje tym, co ty - twoim zestawem talentów, pomysłów, zainteresowań. Jesteś oryginalnym egzemplarzem. Arcydziełem."

Cytaty pochodzą z książki "Bóg nigdy nie mruga" kolejno strony: 25, 89.

sobota, 31 maja 2014

[134] Maria Rodziewiczówna "Między ustami a brzegiem pucharu"

Świat Książki, 2013
Liczba stron: 236
Literatura polska
10/10

Maria Rodziewiczówna to wybitna przedwojenna pisarka. Zaczynała od publikacji opowiadań w prasie, a debiutem powieściowym okazał się być "Straszny dziadunio" (1887). Po śmierci ojca w 1881 przejęła kontrolę nad rodzinnym majątkiem Hruszów i obcięła włosy na krótko. Zmarła w listopadzie 1944 roku po przebytym zapaleniu płuc. Jedna z najpoczytniejszych pisarek ma na swoim koncie takie powieści jak "Dewajtis", "Macierz", "Lato leśnych ludzi" i wiele, wiele innych. 

Młoda szlachcianka Jadwiga jest zaręczona, fakt ten nie ma jednak znaczenia dla zakochanego w niej pruskiego hrabiego Wenzla Croy - Dulmen. Zdesperowany mężczyzna wszelkimi sposobami stara się podbić serce pięknej Jadwigi. Na przeszkodzie stoi nie tylko narzeczony panny, lecz także niewygodne pochodzenia...

Maria Rodziewiczówna
Dobra, powiem szczerze, że wszystko zaczęło się od filmu o tym tytule, luźno zrealizowanym na podstawie powieści Rodziewiczówny. Pewnie gdyby nie ten film Rodziewiczówna jawiłaby mi się jako pisarka zwykłych tandet, których w dodatku nie da się czytać. W filmie się zakochałam, więc gdy zobaczyłam w księgarni tę powieść i to w cenie 12,90 chwyciłam ją i łaziłam z nią po całym sklepie oglądając inne półki (żeby czasem ktoś mi tego jedynego egzemplarza nie zwinął). A i wydanie piękne - twarda oprawa, prześliczny papier, druk ładny. Okładka też bardzo mi się podoba. No i jak nie kupić? Zatem przejdźmy do meritum - jeśli ktoś twierdzi, że Maria Rodziewiczówna jest pisarką bezwartościową, która napisała w swym życiu płytkie romansidła na poziomie kioskowych harlequinów niech mi najpierw udowodni, że czytał jakąkolwiek jej powieść. 

Opis książki zbyt wiele nie mówi, na pierwszy rzut oka romansik jakich wiele. Jednak co ciekawe, większość historii pisana jest w perspektywie hrabiego, który zwyczajnie liczy na tajemny romans z piękną kobietą. Nie wie kim jest panna, jak się nazywa, skąd pochodzi, szuka jej po Berlinie, perypetie rzucają go nawet nad Ren. Nie ma co - z Wenzla jest kawał łobuza, bo tu romansik z tą, tu z tamtą, i jeszcze inną, bale i hulanki do rana. 

"Był hulaką wielkoświatowym, pełnym form i delikatności: pod maską króla salonów krył się cynik bez żadnych zasad, nie szanujący nikogo i niczego, lekceważący świat cały, dumny swą potęgą i magnetycznym urokiem."
Kiedy jednak dociera za nieznajomą panną na tereny zaboru pruskiego pod Poznań doświadcza czegoś zupełnie nowego. Jest w miejscu tak innym od zepsutego Berlina. Bawiły mnie i bardzo podobały mi się te opisy mojego regionu, one są niczym charakterystyka dzikiego, egzotycznego regionu z drugiego końca świata. To niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza interesująco opisuje Polskę ciotka głównego bohatera: 

"Oczarowali go w Polsce. To kraj wpółdziki. Mają tam gusła, rzucają uroki, dają pić zioła jakieś! Słyszałam o tym od poważnych ludzi. Czarna magia, szatańskie sprawki! Szatan opętał biednego Ralfa! Przeczuwałam nieszczęście! Spełniło się! Ty pokutujesz! Ach, te Polki!"

Wenzel jednak nie boi się niczego (no jak to, on, który ma wszystkie kobiety na zawołanie, on, który ma przyjaciół ile młodzieży w Berlinie?), rusza pod Poznań do... swej rodziny i jednocześnie w dalszym poszukiwaniu pięknej panny. W Mariampolu styka się z gwarą:

"Zaborcy skaleczyli mowę miejscową, a nie nauczyli swojej - z tego stworzył się żargon, którego ani rodowity Niemiec, ani Polak z innych stron nie potrafiłby zrozumieć. Był to bigos słowiańsko - germański, przeraźliwy."

Poznaje też nowych ludzi, którzy staną się motorem przemian w jego życiu, lecz w chwili gdy jest tam po raz pierwszy, zniechęcony i zaciekawiony zarazem, nie rozumie wszystkiego.  

"Dziwny ten kraj, gdzie młodzież była tak cicha, skupiona w sobie, milcząca, a starzy przy siwych włosach zachowali gorące uczucia, zapał i siłę. Dziwny kraj, dziwni ludzie!"

Bardzo duża część powieści rozgrywa się w oparciu o głównego bohatera, o czym już wspomniałam. Ważna jest Jadwiga, gdyby nie jej upór, piękno i cięty język, jest powodem działań Wenzla. To z powodu miłości do niej mężczyzna się zmienia, chce zasłużyć na miłość tej dziewczyny, czeka do wiele pracy nad sobą. To nie jest łatwe, zerwanie z tamtym berlińskim życiem, zmierzenie się z kłodami, które wciąż los rzuca mu pod nogi. Walka o miłość, którą trzeba zdobyć ciężką pracą, szczerością uczuć oraz zaakceptowaniem swojego pochodzenia nie będzie fraszką - igraszką zwłaszcza, że cicha, małomówna Jadwiga to bardzo wymagający obiekt westchnień. Działający cuda nota bene.

Polubiłam bohaterów powieści, tych pozytywnych oczywiście. Nie chciałam się rozstawać z Wenzlem, Jadwigą, Janem, panią Teklą, Cesią. Są dowodami na istnienie prawdziwej przyjaźni, głębokich więzi rodzinnych, szczerej i oddanej miłości. Polacy, którzy kochają swój kraj choć oficjalnie go nie ma, dbają o tę ziemię, o język, o związki w swej społeczności, nie dają się zniemczyć i skrzywdzić pięknej polskiej kultury. Od nich uczy się nie tylko główny bohater, ale i czytelnik. A, i bardzo ciekawe jest to, że kobieta jest jak bogini, stoi na piedestale - jej rządzić a mężczyźnie słuchać. 

"Taki u nas zwyczaj. Kobieta zawsze przewodzi: nie matka, to siostra; nie siostra, to żona. Dlatego one takie harde i nieprzystępne: czują swą siłę. I ja sam nie przeczę, że siostra rozumniejsza ode mnie. Czemuż mam jej nie słuchać?"

Nie wiem, dlaczego wcześniej nigdy nie sięgnęłam po powieść tej autorki. Okazało się, że mam w domu jeszcze dwie jej książki (i to nie od dziś), obie zamierzam przeczytać, bo wiem, że warto. Maria Rodziewiczówna w "Między ustami a brzegiem pucharu" pisze o miłości i oddaniu, lecz w zupełnie inny sposób niż powielające się pisarki współczesne. Sama sceptycznie podchodzę do głośnych współczesnych pisarek polskich, wolę sięgnąć po starszą literaturę.

Zresztą jest to nie tylko historia miłosna obfitująca w przeróżnie bariery i zwroty akcji, ale też piękny rys historyczny, obraz Polaków pod zaborem pruskim. Powieść zawiera w sobie też fascynującą analizę kultury, którą ze zdziwieniem obserwuje Niemiec. Zachęcam Was do przeczytania tej powieści. Jeśli nie jesteście pewni spróbujcie chociaż, bo jak mawiają bohaterowie tej książki - "miedzy ustami a brzegiem pucharu wiele jeszcze zdarzyć się może".
* cytaty pochodzą kolejno ze stron: 17, 21, 51, 60, 65. 

wtorek, 27 maja 2014

[133] Stanisław Lem "Bajki robotów"

Literackie, 2012
Liczba stron: 224
Literatura polska
8/10

Stanisław Lem to polski pisarz, eseista, jeden z czołowych przedstawicieli nurtu fantastyki naukowej. W swoich tekstach porusza problemy takie jak rozwój nauki i techniki oraz miejsce człowieka we Wszechświecie. Spod jego pióra wyszły m. in. "Dzienniki gwiazdowe", "Solaris", "Cyberiada" oraz "Dziennik znaleziony w wannie".

Dawno, dawno temu, gdzieś za Cieśniną Andromedzką żyli sobie Palibaba-intelektryk, Królewna Elektrina i robot Automateusz...
Bajki robotów po raz pierwszy ukazały się w 1964 roku. Od tego czasu nieustannie bawią i zadziwiają swą oryginalnością. Lem, jak sugeruje już sam tytuł, połączył w tej książce światy na pozór sobie obce: baśniową akcję przeniósł w kosmos, a księżniczki i czarodziejów zamienił na inteligentne i przede wszystkim obdarzone uczuciami maszyny. Powstał w ten sposób utwór wymykający się wszelkim klasyfikacjom, dzieło, które może być czytane przez młodszych czytelników, ale także przez wymagających miłośników fantastyki naukowej, skrzące się błyskotliwym humorem i arcyzabawną groteską.

Jakiś czas temu Nala na swoim blogu opublikowała recenzję "Bajek robotów" Lema i tym samym o tym pisarzu mi przypomniała. Zetknęłam się z nim już w gimnazjum kilka lat temu, były to, zdaje się, fragmenty "Dzienników gwiazdowych". Spodobało mi się, chciałam przeczytać coś jeszcze we własnym zakresie, ale zabrakło mi wtedy czasu chyba. Zatem po recenzji Nali poszłam do biblioteki i wypożyczyłam "Bajki robotów". Jak się bawiłam? Hm... Fantastycznie! 

Chyba najbardziej urzekł mnie język i styl. Fenomenalne wprost. Teksty są pełne słowotwórczych zabaw, neologizmów, niespotykanych nazw stworzonych na potrzeby bajek. Słowem pisarz tworzy też iście Grimmowy klimat i nastrojowość utworu. Można by domniemywać, że czytamy średniowieczne opowiastki o... robotach! 

"Jam jest robot hartowany,
zdalnie prądem sterowany,
nitowany z każdej strony,

wyklepany, uzwojony..."

W bajkach Lema obserwujemy bogactwo techniki i nauki. Świat robotów... Bałam się, że przytłoczą mnie fizyczne, matematyczne czy techniczne określenia, ale nie. Nie było tam nic co by mnie zniechęciło, wystraszyło, drażniło. W zasadzie występowały tam głównie nazwy pierwiastków i minerałów. Nie trzeba wiedzieć jak wygląda tantal albo znać właściwości uranu i glinu, by mieć pojęcie o czym jest historyjka. To tak jak w tradycyjnych baśniach - nie ma potrzeby znania nazw ziół, krzewów, by rozumieć ich istotę dla bohaterów. Te nazwy odczuwa się jako coś naturalnego, normalnego. 

W utworach pojawia się dramaturgia i tragizm, zaraz obok komizmu, zabawnych, groteskowych elementów. Pisarz chwyta za ironię i specyficzny humor [okrzyk "Awruk!" znany każdemu Polakowi chyba, ale w nieco innej konwencji. Przeczytajcie od końca ;) ], zatem przy bajkach można się zrelaksować, odprężyć, ale też poszukać głębszych znaczeń, symboli, gdyż te krótkie historyjki wskazują na życie, jego sens i wartościowanie. Zatem - każdy znajdzie coś dla siebie.

"Wszystko, cokolwiek istnieje, bywa przedmiotem drwin. Nie ostoi się wobec nich żadna godność, wiadomo bowiem, że ten i ów śmie podrwiwać nawet z królewskiego majestatu. Śmiech uderza w trony i państwa. Jedne ludy drwią z innych lub z samych siebie. Bywało, że wyszydzano to nawet, co nie istnieje – czyż nie śmiano się z mitycznych bogów?"

Zachęcam do sięgnięcia po "Bajki robotów". Ja przy tej książce bawiłam się świetnie, męczyłam się tylko z jedną opowiastką. Jeśli ktoś jeszcze nie zetknął się z fantastyką naukową to może być bardzo ciekawe pierwsze spotkanie, jeśli ktoś już jest nieco bardziej zaznajomiony w temacie to ta książka będzie fajną gratką. Przeżyłam na tyle interesującą przygodę, że kolejny utwór Lema - "Pamiętnik znaleziony w wannie" - już planuję. A i do braci Grimm na chwilę wrócę, zdejmę z półki i poczytam, bo Lem inspiruje do czytania bajek, bajeczek, baśni...