"Zawsze mnie smuci, kiedy ludzie spodziewają się po innych tego, co najgorsze, zamiast tego, co najlepsze. Czasem nie doceniamy młodzieży."

"Bóg nigdy nie mruga" R. Brett

sobota, 29 grudnia 2012

[102] Krzysztof Bielecki "Rekonstrukcja"

Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, 2012
Liczba stron: 222
Literatura polska
6/10

Krzysztof Bielecki to autor m. in. "Miasto to gra" oraz dosyć głośnego "Defektu pamięci", który podbił serca wielu z nas. 1. grudnia 2012 roku ukazała się kolejna książka - "Rekonstrukcja" będąca po trosze zbiorem opowiadań i jednocześnie powieścią projekcyjną. 
  
„John Johnson znika. Tak po prostu. A jego przyjaciel zaczyna go szukać i próbuje rozwikłać zagadkę nad wyraz tajemniczego zaginięcia. Cały czas pozostaje przy tym we wnętrzu pociągu, do którego wsiedli przecież razem. Tylko, że pociąg ten nie jest po prostu pociągiem. To maszyna, która służy do zupełnie innych celów. Wszyscy jej pasażerowie za czymś tęsknią i nie uwierzysz, co jest powodem przepełniającej ich nostalgii. »Rekonstrukcja« to opowiadanie, które będziesz musiał przeczytać bardzo, bardzo uważnie, jeśli zechcesz odkryć wszystkie jego niuanse.” 
 
„Psychologowie mawiają o testach projekcyjnych, niejednoznacznych obrazach i zdaniach, w których każdy może dostrzec coś innego, to, co sam chce zobaczyć. Na pewno kojarzysz plamy atramentowe i pytanie, co pan tu widzi. Jeśli chcesz zrozumieć istotę tej opowieści, spójrz na »Rekonstrukcję« jak na literacki test projekcyjny.”

Cóż... Chyba po raz pierwszy przy pisaniu recenzji, nie wiem co napisać. To było... dziwne. tak dziwne, że nie bardzo wiem co się dzieje w mojej głowie. Jedno jest pewne - od dosyć długiego czasu czegoś tak osobliwego nie miałam okazji czytać. Bo gdzie tu znaleźć takie wariackie twory? ;)

Książka, choć bardzo nietypowa, zaintrygowała mnie, więc nawet jeżeli czegoś nie załapałam albo coś mnie zdenerwowało to czytałam dalej, bo byłam ciekawa co się wydarzy i o co w zasadzie tu chodzi. I gdyby zrobić burzę mózgów w towarzystwie osób, które przeczytały "Rekonstrukcję" zapewne byłoby kilka ciekawych rozwiązań zagadki. Coś dokładnie jak w testach projekcyjnych - pokazują Ci kartkę z kleksem i pada pytanie co widzisz. Odpowiedzi mogą być różne, każdemu coś innego rzuci się w oczy. Tak jest i w tym przypadku.

W swoistym wstępie autor zwraca czytelnikowi uwagę na dowolną kolejność czytania opowiadań. Można zacząć od środka, od końca, jak kto woli. Ja czytałam klasycznie, po kolei, unikając "skakania" po kartach książki. Chyba najbardziej zrozumiałe i proste w odbiorze było opowiadanie "Białe kłamstwa", które moim zdaniem odbiegało nieco od reszty, choć z jakiś sposób było podobne. Natomiast przy "Czerwonych ustach" pogubiłam się zupełnie i przestałam ogarniać kto z kim i z czym. Ciekawe było również ostatnie, tytułowe opowiadanie "Rekonstrukcja". Interesująca była "pociągowa" historia Louisa Le Prince'a.

Słowem: intrygujące dziwności. Sami musicie zdecydować czy chcecie przeczytać tę książkę. Czytając ją trzeba ruszyć mózgiem i go nie wyłączać, bo można się pogubić. Język jest prosty, nie ma udziwnień językowych. Jednak to co się dzieje w tych opowiadaniach jest dosyć specyficzne i bardzo różne od "Defektu pamięci".

Za książkę dziękuję panu Krzysztofowi Bieleckiemu. ;)
__________

Szczęśliwego Nowego Roku!  Do zobaczenia w 2013 ;)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy...


Ten dzień jest właśnie dziś - 24. grudnia. Jak co roku wszyscy się spotkamy, by dzielić się opłatkiem z bliskimi, rozmyślać nad narodzinami Jezusa Chrystusa. Spędzimy ten czas na rozmowie, śmiechu, radości, w ciepłej rodzinnej atmosferze.

Z okazji tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego co dobre. Szczęścia, radości, zdrowia, szczerych i oddanych przyjaciół, ukochanych bliskich wkoło. Cierpliwości, wytrzymałości, miłości, przyjaźni, pogody ducha, ciepła, spełnienia marzeń i pragnień. Świętej Rodziny w szopce, pachnącej choinki przybranej w piękne bombki i światełka, pyszności na stole, Gwiazdora, bogatego nie tylko w prezenty materialne, ale i duchowe, elfów śpiewających kolędy, zwierzaków gadających o północy. Jeżeli, czegoś brak a tych życzeniach - dopowiedzcie sobie ;)

Wesołych Świąt!

sobota, 15 grudnia 2012

[101] Treecards english. World and Travel. Fiszki obrazkowe.

Cztery głowy, 2012
nauka języków
10/10

Wydawnictwo Cztery głowy prezentuje nam nowość w swojej serii fiszek - fiszki obrazkowe. Czym są? Jak wyglądają? Czy da się z nich czegoś nauczyć?

Fiszki obrazkowe treecards to doskonała propozycja dla osób poszukujących skutecznego i przyjemnego sposobu nauki języka angielskiego. 
Przedstawionym na kolorowych kartach słówkom towarzyszą zapadające w pamięć zabawne ilustracje i przykładowe zdania, a liczne rebusy, testy i krzyżówki dbają o utrwalenie materiału.
Naukę poprawnej wymowy gwarantują nagrania mp3 z funkcją SPELL umożliwiającą wyświetlanie haseł na ekranie odtwarzacza. 

Od wspomnianego już wydawnictwa otrzymałam takie właśnie fiszki do zrecenzowania. Z oferty skorzystałam z dwóch powodów: primo - nigdy nie miałam styczności z fiszkami i metodą uczenia się z nich; secundo -  posiadanie takiego cudeńka może być przecież niezwykle użyteczne. 

W dzisiejszych czasach metoda uczenia się system obustronnie zapisanych karteczek jest co raz bardziej modna. Widzę to w szkole - na korytarzach można dostrzec uczniów z zapisanymi karteczkami z dłoniach. Jednak samodzielne robienie czegoś takiego jest raczej pracochłonne - trzeba pociąć kartkę, spisać słówka, potem przetłumaczyć ze słownikiem i podręcznikiem w dłoni. I trzeba uważać, żeby nie zaliczyć pomyłki, bo wtedy cała praca na nic. Może więc prościej byłoby skorzystać z takich oto gotowców jakie wydawnictwo przedstawia osobom uczącym się języka. 

Trafiłam na fiszki do angielskiego - nie lubię tego języka, uczenie się słówek na kartkówkę to dla mnie prawdziwa droga prze mękę. Wyobraźcie sobie teraz moje zdziwienie, gdy zobaczyłam jak szybko słówka i zwroty z fiszek opatrzonych ciekawym obrazkiem wchodzą mi do głowy! O niebo mniej pracy niż przy zakuwaniu słówek z podręcznika.
 
W paczce znalazłam również pudełko - treebox - organizujące naukę z obrazkowych kartoników. W pudełku była książeczka, która przedstawiła mi metodę uczenia się. Według Treelosophy (filozofia drzewa) nauka języka to drzewko. Z solidnym korzeniem (metoda nauki), mocnym pieniem (gramatyka) i tysiącami liści (czyli słówka, bez których ani rusz). Ale nasze drzewko, jak każdą roślinkę trzeba podlewać, czyli używać języka na co dzień - czytać książki, oglądać filmy, mejlować ze znajomymi zza granicy. Ta filozofia wydała mi się na tyle ciekawa, że od razu zabrałam się za naukę - zabawę z fiszkami.
Puzderko zawierało także karty in blanco w plastikowym pudełeczku, na których możemy wypisywać własne słówka.

Fiszki są niesamowite. Słówka plus przykłady ozdobione ładnym obrazkiem. Szczerze nie spodziewałam się jakiejś szałowej jakości - może dlatego, że nie miałam pojęcia o istnieniu tego wydawnictwa ;) Te fiszki zmieniły mój świat po prostu i planuje zaopatrzyć się w kolejne kartoniki, tyle że z innych języków. 

A propos - otrzymałam też katalog wydawnictwa na jesień 2012. To jest fenomenalne! Cztery głowy poza standardowymi językami typu angielski i niemiecki oferują nam troszkę egzotyki - japoński, włoski, szwedzki i kilka innych języków. Startery, słownictwo, czasowniki, klejki, ba nawet fiszki dla dzieci! Wszystko o różnym poziomie zaawansowania.

Gorąco polecam Wam fiszki obrazkowe z wydawnictwa Cztery głowy - solidne wykonanie, ciekawa metoda uczenia się, bogactwo słówek.
__________

Za fiszki dziękuję wydawnictwu Cztery głowy.


piątek, 19 października 2012

[100] Julia Hoffmann "Dzielnica czerwonych jabłek"

 Replika, 2011
Liczba stron: 240
Literatura polska
8/10
 Julia Hoffmann ukończyła polonistykę na poznańskim Uniwersytecie im. Adam Mickiewicza oraz studium podyplomowe promocji i komunikacji w biznesie na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Pracowała m. in. jako nauczycielka, sekretarka, gosposia, urzędniczka, specjalista public relations oraz copywriter. Prowadziła także agencję reklamową. Obecnie pracuje jako dziennikarz - freelancer. Przyznaje się do dwóch słabości: kryminałów i orzechów. Chętnie słucha opowieści o życiu.

Joanna to niezbyt szczupła, niezamężna szatynka. Rzadko wychodzi z domu, zamartwia się swoim wyglądem, mieszka tylko z kotem. Od dzieciństwa żyje w cieniu siostry, w piątkowe wieczory ogląda w łóżku filmy, a zamiast sprzątać – nałogowo czyta książki. Jak na typową szarą myszkę przystało, pracuje w biurze. Tu jakieś spotkanie, tu zaległy mail do Buby w sprawie żeberek, kurczaków lub uproszczonej instrukcji obsługi mężczyzn... Nuda? Tylko do czasu. Oto na drodze Joanny staje Czapla. Nie zwykła, pospolita czapla, ale ON – ze swoim pięknym nosem, powalającym na kolana niskim głosem i cholera wie czym jeszcze. Typowy bohater komedii romantycznej, który ma wywrócić świat bohaterki do góry nogami. Czy tak się stanie?

Książka patrzyła na mnie z bibliotecznej półki. Mrugały do mnie jabłuszka w kolorze soczystej, żywej czerwieni. Owocem wyglądają tym lepiej, że tłem dla nich jest biało - brązowy portret sentymentalnie uśmiechającej się kobiety. Okładka tak przykuła moją uwagę, że grzechem byłoby nie wypożyczyć tej książki. Ale przecież okładka to nie wszystko, prawda?

Jeżeli chodzi o fabułę... W opisie zaintrygowało mnie ostatnie zdanie w odniesieniu do niezwykłego mężczyzny, którego spotyka Joasia. Zasiało to we mnie ziarenko zwątpienia. Zaczęłam się zastanawiać czy bohaterka rzeczywiście przejdzie obok miłości życia, która właściwie stanęła jej na drodze. A właściwie w sklepie. Czapla został przez autorkę ciekawie wkomponowany w akcję. Pojawia się na początku, potem długo go nie ma, aż zjawia się przy boku Joanny w najmniej spodziewanym przez czytelnika (i główną bohaterkę chyba też) momencie. Jest to niewątpliwy atut tej książki.

Joanna to "typowa szara myszka" jak wynika z opisu powieści. Ma czterdzieści trzy lata, przygarniętego kota, Bubę i Bolka, schorowaną matkę oraz zaślepioną prze karierę siostrę. Mieszanka wybuchowa, a to jeszcze nie wszystko. Bohaterka boryka się z problemami zwykłych ludzi. Ciężko chora mama wymaga opieki, ojciec wykłóca się o sens codziennego przybywania Joanny do domu rodziców. Spory z siostrą, problemy z pracą, a w końcu jej utrata. A w tym wszystkim Asia poszukuje mężczyzny, z którym mogłaby spędzić resztę życia. Joanna to zwykła kobieta jakich wiele na świecie. Ale myślę, że dzięki temu czytelniczki książki tym bardziej ją polubią - zobaczą w niej sprzymierzeńca w codziennym bytowaniu na ziemi.

Bohaterka powieści opowiada w paru zdaniach o swoim życiu na blokowisku. I w tym momencie Joasia podbiła moje serce, bo sama mieszkam w takim miejscu. Choć nie lubi tych klitek w blokach, to nie wstydzi się tego. Zostawiła tam przecież kawał swojego życia. Tu zna każdy blok, drzewo, nierówny chodnik. Przez jej wypowiedź przebija jakby przywiązanie do tego miejsca.

Autorka powieści pokazała, że cudowne i niemal upajające uczucie zakochania, potrzeby kogoś bliskiego u boku nie jest zarezerwowane dla osób wyłącznie przed trzydziestką. Każdy, niezależnie od tego czy ma lat czterdzieści trzy czy dwadzieścia trzy, ma prawo kochać i być kochanym! Dlatego cieszę się, że Joanna nie uległa stereotypowi "miłości wyłącznie dla młodych" (kwestią dyskusyjną jest to, kim jest osoba młoda, ale myślę, że wiecie o co mi chodzi).

W powieści pojawia się problem zaniedbywania dzieci przez rodziców. Rodzice oczywiście problemu nie widzą, bo przecież dziecko jest niemal dorosłe i nie potrzebuje uwagi i rodzicielskiego ciepła. Toż to najprawdziwsza bujda na resorach! W powieści Julii Hoffmann ten wątek kończy się dobrze, ale w życiu często nie jest tak różowo. To taka małą przestroga.

"Dzielnica czerwonych jabłek" to powieść o codziennym życiu, które nie jest tak różowe jak w telewizyjnych serialach. Książka urzeka tym, że czytając ją można odnaleźć siebie w tym powieściowym życiu. Bo przecież ono jest tak podobne do naszego, tego zza okna.

niedziela, 14 października 2012

WYNIKI KONKURSU!!!

Wszem i wobec ogłaszam, że wybraną książkę wygrała....


kwiatusia !!!

Gratuluję i proszę o adres ;)

sobota, 22 września 2012

[99] Molier "Świętoszek"

Tratuffe
Greg, 2010
Liczba stron: 124 (razem z opracowaniem)
Literatura francuska
Lektura szkolna
7/10

 Molier, czyli Jean Beptiste Poquelin to jeden z najbardziej znanych komediopisarzy francuskich, wybitny przedstawiciel oświecenia i reprezentant klasycyzmu francuskiego. Jego komedie bawiąc uczą i choć napisane ponad 4 wieki temu nadal są aktualne.

Jej wystawieniu w 1664 towarzyszyły skandal i protesty. Sztuka, w treści stanowiąca drwinę z hipokryty, w rzeczywistości mierzyła w istotę etyki i moralności katolickiej, które głosząc hasła sprzeczne z naturą sprzyjały szerzeniu się obłudy i zakłamania. Komedia, zdjęta z afiszy, wystawiona została ponownie dopiero w 1669. Bohaterem dzieła jest Tartuffe, pobożniś, mistrz obłudy i sprytu, który wykorzystując naiwność Orgona, poczciwego mieszczanina, przejmuje rządy w jego domu. Nakazując innym post, sam niczego sobie nie odmawia, piętnując przejawy nieskromności zaleca się do żony swojego dobroczyńcy. Zdemaskowany nie waha się złożyć donosu na Orgona i przejąć jego majątku, który ten, zaślepiony pobożnością świętoszka, nieopatrznie mu zapisał. 

"Świętoszek" to pierwsza przeczytana lektura "na zlecenie" w tym roku szkolnym. Czytana była w tempie iście ekspresowym. Ale, że jest to książeczka krótka (ok 100 str.) to poszło szybko samo z siebie.
Dzięki przekładowi Tadeusza Boy-Żeleńskiego czytało się przyjemnie i szybko, bo tekst został pięknie przetłumaczony. Nie jest sztywny, trudny i niezrozumiały. Boy to mój ulubiony tłumacz, który sprawił, że "Świętoszek" był dla mnie prosty w odbiorze. 

Z resztą w tej komedii nie ma nic trudnego i niezrozumiałego jeżeli czytamy miedzy wierszami. Od pierwszego aktu wydaje się, że coś w rodzinie Orgona coś nie gra i ktoś ewidentnie z tego korzysta. Z każdą sceną wiemy więcej aż docieramy do momentu kiedy czytelnik wie już wszystko i niemal szantażuje bohaterów, żeby coś z tym fantem zrobili.
Tak naprawdę w tej komedii nie ma nic śmiesznego. Bo możemy się śmiać jedynie z głupoty ludzkiej i zaślepienia. Pełno tu ironii, złośliwości i aluzji. Pod pozornym płaszczem żartu kryje się szokujące przesłanie.

Ta komedia Moliera odziera z szat obłudę, kłamstwo, hipokryzję. Pokazuje nam jak działają i funkcjonują świętoszkowie z naszym społeczeństwie. Mimo upływu lat, oni nadal wśród nas są. Może w trochę innej postaci, ale jednak. Świętoszek to świętoszek.

Polecam Wam tę książkę, bo jest to zapewne jedna z mądrzejszych a przy tym prostszych w odbiorze lektur. ;)
______________________

Przypominam o konkursie!!!! :)  Wiem, że recenzja szałowa nie jest, ale szkoła mnie wykańcza... -.-

środa, 5 września 2012

Trzecie urodziny i konkurs urodzinowy!!

Dzisiaj, jest wyjątkowy dzień, bowiem mój blog obchodzi trzecie urodziny!!!


Bywało różnie - raz mnie nie było, raz byłam, często z doskoku, ale zawsze wracam. Mam nadzieję, że będę z Wami jeszcze długo (Wy ze mną zresztą też) ;) Życzę sobie więcej czasu na pisanie i czytanie (rok szkolny się zaczął, lektur czas...), cierpliwości oraz weny twórczej. No i masy optymizmu ;D

Z okazji rocznicy, proponuję Wam konkurs z nagrodą książkową oczywiście!

Będzie książka do wyboru, jedna z dwóch:
"Córka oficera" Ziny Rohan lub "Dama kameliowa" Aleksandra Dumas.
Nie są nowe, pochodzą z mojej półeczki, ale nie są zniszczone ;)


Zasady: 
  1. Aby wziąć udział w konkursie wystarczy pod tym postem skrobnąć zwykłe "Zgłaszam się" ;)
  2. Konkurs trwa od 5.09.2012 r. do 30.09.2012 r. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 5.10.2012.
  3. W konkursie udział brać mogą jedynie osoby mieszkające na terenie Polski.
  4. O tym, kto zgarnie nagrodę zadecyduje losowanie.
  5. Nagrodę wyślę za pośrednictwem Poczty Polskiej. 
  6. Jeżeli chcecie możecie na swoich blogach (jeżeli takie posiadacie) umieścić poniższy bannerek ;) 


piątek, 31 sierpnia 2012

Fotorelacja: bliźniacze miasto Goerlitz - Zgorzelec

Ponieważ dzisiaj mamy deszczowy dzień (przynajmniej u mnie leje od rana) podrzucam Wam fotorelację z moich wakacji. W Goerlitz - Zgorzelec byłam dwa tygodnie na Workcampie. Workcamp polega na tym, że międzynarodowa grupa młodzieży (w moim przypadku byli to Polacy, Niemcy i Włosi) zajmuje się pielęgnacją np., terenu po byłym Stalagu, cmentarza czy miejsca pamięci. Ja wraz z moja grupą trafiłam na teren Stalagu VIIIa w Zgorzelcu. Były też inne atrakcje - wypad do Drezna, wspólne kolacje, imprezy, zwiedzanie miasta, kino pod chmurką i dużo wolnego czasu do własnej dyspozycji. Zdjęć ze Stalagu niestety Wam nie prezentuję, bo albo są strasznie słabe, albo kompromitujące ;) Czerpcie pozytywną energię z fotek i zapraszam do Goerlitz!



Goerlitz widziane ze zgorzeleckiego brzegu Nysy.

Widok na Altstadtbrücke (Most Staromiejski). Z prawej Goerlitz, w centrum Most, a z lewej w tle budynki Zgorzelca.
Goerlitz. Schwarze Strasse.
Nysa widziana ze Zgorzelca
Peterskirche, czyli kościół p. w. św. Piotra i Pawła w Goerlitz
Zabudowania Starego Miasta w Goerlitz widziane z mostu łączącego Goerlitz ze Zgorzelcem. W tle wieże Peterskirche.
Goerlitz. Budynki Starego Miasta.
Goerlitz. Stare Miasto.
Goerlitz. Uliczka prowadząca do Untermarkt (Dolny Rynek)
Zgorzelec. Bulwar Grecki nad Nysą.
Zgorzelec. Budynek Muzeum Łużyckiego.
Zgorzelec. Dom Jakuba Böhme.
Goerlitz. Fontanna na Untermarkt.

Goerlitz. Synagoga.
Goerlitz. Cmentarz żydowski.
Goerlitz. Widok z Landeskrone, lokalnego punktu widokowego.
Goerlitz. Widok z Landeskrone. Z lewej pyszna niemiecka woda średnio gazowana.
Goerlitz. Stare miasto.
Goerlitz. Berlinerstrasse.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

[98] Ewa Barańska "Nie odchodź, Julio"

Telbit, 2011
Liczba stron: 256
Literatura polska
10/10

Ewa Barańska jest cenioną autorką powieści dla młodzieży. Jej talent literacki prezentują powieści poruszające tematy ważne, choć czasem kontrowersyjne - "Klara M.", "Żegnaj Jaśmino" czy też "Z kim płaczą gwiazdy". W dorobku pisarki odnajdziemy także powieści z nutką dreszczyku, czyli "Pierwiastek zero" oraz "Ostatni Wielki Kahun".

Julia to urocza, inteligentna, ambitna nastolatka z pasją do nauki i o nietypowych zainteresowaniach, żyjąca jednak w cieniu pięknej siostry i grona jej znajomych – lokalnej śmietanki towarzyskiej. W jej życiu nieomal jednocześnie pojawia się miłość i nieuleczalna choroba. Mimo uciążliwości terapii, dziewczyna rozkwita, zdobywając serce Wiktora. Czy wzajemne uczucie zwalczy ból, strach i zwątpienie? Czy wystarczy do pokonania choroby? Czy każdy z nas może pomóc losowi w dopisaniu happy endu?... Wzruszająca historia o miłości wartej najwyższego poświęcenia, o niezasłużonym cierpieniu i młodym życiu, które trzeba ratować za wszelką cenę...

W ubiegłym tygodniu coś mnie podkusiło i zajrzałam do biblioteki. Bez zastanowienia zwinęłam z regału "Nie odchodź, Julio". Na książkę polowałam już wcześniej w kilku konkursach, bez powodzenia. Zainteresował mnie opis zapowiadający dobrą, wciągającą historię. Zapowiedź zapowiedzią, a jak ta historia wygląda w rzeczywistości?

Książka zaczyna się bardzo ciekawie, bo rozmową dwojga przyjaciół na temat tego, że co raz mniej jest dziewcząt, z którymi można nie tylko się całować i spędzać upojne noce, ale też porozmawiać czy wyjść na spacer, do kina czy teatru:
"To okropne. Wciąż spotykam dziewczyny, które nie chcą być mądre, wykształcone, kulturalne, inteligentne, tylko chcą być sexy. a przecież ta pierwotna funkcje fizjologiczna nie może zdominować życia."
Ponieważ przez ostatnie kilka dni moje myśli kręciły się wokół podobnych stwierdzeń, od razu przyklasnęłam Adamowi. I zaczęłam czytać dalej. Przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni. 

Dalej spotykamy Wiktora. Mądrego chłopaka studenta Wydziału Matematyki i Nauki Informatycznych na Politechnice. Ma trójkę wspaniałych przyjaciół oraz dziewczynę, najpiękniejszą z najpiękniejszych, Idę. Zachwycony, że taka dziewczyna jak ona, spojrzała na takiego chłopaka jak on, lekko traci kontakt z rzeczywistością i kumplami. Gdy spotyka Julię wszystko powoli i nieznacznie zaczyna się zmieniać. 

Z kolei Julia to skromna cicha dziewczyna zafascynowana starymi kulturami. Żyje sobie spokojnie obok siostry i jej elity. I nagle spotyka Wiktora. Niby nic takiego, pewnie byłaby sielanka, ale... No właśnie, ale. Równie niespodziewanie i zupełnie przypadkowo okazuje się, że jest nieuleczalnie chora i jedynym sposobem na całkowicie normalne życie jest przeszczep nerki. Do głosu dochodzą też kompleksy - Julia wstydzi się swojego wyglądu, boi się, że zapoczątkowana luźnymi rozmowami w parku znajomość z Wiktorem rozpryśnie się niczym bańka mydlana. 
"Przecież nikt nie pokocha mało atrakcyjnej dziewczyny z wyrokiem śmierci."

A jednak okazuje się, że Julia w Wiktorze (a Wiktor w swoich kumplach) ma ogromne wsparcie. Wspólnie przeżywają najpiękniejsze chwile w życiu, wspólnie też przeżywają gehennę choroby. Wspólnie walczą o jeszcze jeden spokojnie spędzony dzień, o jeszcze jeden uśmiech, o jeszcze jedną małą radość. Czasem wydawało mi się, że są w tej walce sami, opuszczeni przez rodzinę dziewczyny, która choć cierpi i szuka sposobu na ratunek, to nie chce narażać starszej siostry Julii i nie wierzy w szczerość i prawdziwość uczuć Wiktora. Nawet wtedy zwycięża kult starszej Kaliny. To trochę przerażające. 

Pani Ewa bardzo wiarygodnie opisuje chorobę Julii, pobyty w szpitalu i innych chorych. Jest to na tyle wiarygodny, ale nie przesadzony opis, że wyciska łzy. Nie ma tu zbędnych słów, każde zdaje się być doskonale przemyślane.

Autorka książki poruszyła też bardzo ważny temat - transplantacja szansą dla innych. Śmierć jednej osoby, a tym samym jej narządy, może uratować życie aż piętnastu innym osobom, jak napisała pani Ewa. To brutalne, ale i piękne. Dlatego tak ważne jest choćby oddawanie krwi czy zaistnienie w bazie dawców szpiku kostnego. Możemy pomóc innym, a poza tym nie wiemy czy Nam samym nie przyjdzie kiedyś z tego korzystać (oby nie!). 

Zakończenie jest otwarte. Możemy sobie dopowiedzieć, dopisać dalszą część historii Wiktora i Julii. Nie zdradzę Wam, w którym momencie ich życia kończą się karty powieści - dowiecie się, gdy sami przeczytacie "Nie odchodź, Julio".

Mam nadzieję, że sięgniecie po tę powieść i pchniecie ją dalej - do znajomych, znajomych znajomych i tak dalej...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

[97] Stanisława Fleszarowa - Muskat "Lato nagich dziewcząt"

Edipresse Polska, 2012
Liczba stron: 349
Literatura polska
9/10

Stanisława Fleszarowa - Muskat to żyjąca w latach 1919 - 1989 polska powieściopisarka, poetka i dramaturg. Na jej różnorodny i szalenie bogaty dorobek literacki składa się ponad 700 utworów, z których wiele nie zostało opublikowanych. Tematami jej dzieł są przede wszystkim ludzie oraz ich problemy.

"Lato nagich dziewcząt" przenosi nas do Sopotu lat 50. trwa gorące lato, pachnące słońcem, plażą i olejkiem do opalania. Monciak tętni życiem - rządzi nim barwny tłum spragniony kawiarnianych romansów i klubowych przygód. Grzegorz, znany rzeźbiarz właśnie przyjechał tutaj w poszukiwaniu natchnienia i modeli do swoich prac. Otoczony kobietami, które zabiegają o jego względy i uczucia, walcząc o chwilę uniesienia, odnajdzie wreszcie miłość. Odbędzie się to jednak w zaskakujących okolicznościach...

Książkę zakupiłam w kiosku jakoś w okolicach marca tego roku. W sumie nawet nie wiem, dlaczego ją kupiłam. Po prostu. Ale jestem zadowolona z tego zakupu. Może moją uwagę przykuło nazwisko, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Może fakt, że jest to ksiażka polskiej pisarki. A może dlatego, ze pociąga mnie Polska lat zdecydowanie ubiegłych. A już na sto procent przekonał mnie fakt, że wszsytko dzieje się w upalne lato nad polskim morzem...

Obawiałam się jednego - tego, że główny bohater, Grzegorz Bień, okaże się wkurzającym czytelnika osobnikiem, którego nie sposób polubić. Przeżyłam jednak miłe zaskoczenie, gdyż okazało się, że to całkiem sympatyczny facet. W dodatku jest miłośnikiem zwierząt i ma psa - kochanego wodołaza o wdzięcznym imieniu Gwóźdź. W Sopocie, jednym z najbardziej "zapchanych" polskich kurortów, znajduje to czego szukał, a może nawet i więcej niż szukał. Z niemal czwórką obcych młodych ludzi stopniowo zaprzyjaźnia się, a jedno intrygujące spotkanie z Anną zamienia się w głębsze uczucie. Czegóż chcieć więcej?

Ta czwórka ludzi, o której już wspomniałam to Kamyk, Marek, Ulka i Be. Dwoje chłopców, dwoje dziewcząt, chyba wszystko jasne i oczywiste. Ale, ale. Skupmy się na każdym z osobna. Kamyk to przystojny aktor z Krakowa, który przebiera w dziewczynach. Marek to cichy i spokojny chłopak, student Politechniki, zafascynowany literaturą. Ulka to wesoła, acz nieco kapryśna dziewczyna (momentami strasznie mnie denerwowała), szuka bogatego męża. Be, wręcz przeciwnie, kasy nie potrzebuje, gdyż bogaty ojciec daje jej to o co poprosi, ale szuka wrażeń i swoją urodą bałamuci kolejnych adoratorów. Mieszanka zaiste wybuchowa, więc możecie sobie wyobrazić jakich wrażeń dostarczali czytelnikowi. 

Anna. Tajemnicza Anna pojawia się mniej - więcej w połowie książki. Sama wychowuje córkę, ciężko pracuje, stara się jak może, by zapewnić sobie i dziecku godny byt. Co ciekawe - jest sympatyczna i stara się czerpać radość z życia. W książce padają słowa, mówiące o tym, że mentalnie jest młodsza od swojej córki. I z tym się zgadzam - zdecydowanie więcej było w niej chęci poznawania, radości i pogody ducha niż w córce. Anna to postać, która niemal bez wysiłku zdobywa sympatię czytelnika.

 Zdaje się, że bardziej oczywistej i zaraz nudnej książki być nie może. A jednak, pozory mylą, gdyż książka w swej oczywistości nudna nie jest! Pisarka ubrała wszystko w barwny, a jednocześnie prosty i przystępny język. Owo zawieranie przyjaźni i miłości jest zapakowane w pudełko z prawdziwie wakacyjnymi przygodami - skakanie do morza z molo, romantyczny wyjazd za miasto, a tu nagle samochód protestuje i nie chce dalej jechać, dziwne rozmowy, niedomówienia, małe kłamstewka, rozterki, bary, knajpy, hotele, zaginięcia i poszukiwania... Każdy znajdzie coś dla siebie.

Stanisława Fleszarowa - Muskat stworzyła powieść dla kobiet. Nie tylko dla kobiet pamiętających tamte czasy, także dla ich młodszych koleżanek oraz młodych dziewcząt. Miłość, przyjaźń, lato, wakacje - to rzeczy, które nigdy się nie zmieniają i niezależnie od ustroju czy przemijających lat są przeżywane tak samo przez kolejne pokolenia. 

Polecam Wam tę książkę na lato, aby móc przenieść się z własnego domu to tego tętniącego życiem Sopotu lat minionych, ale też polecam na zimę - siedząc pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty w ręce będziecie żyć wakacjami bohaterów, a także wspominać swoje własne ;)

czwartek, 19 lipca 2012

[96] Gert Godeng "Krew i wino. Dzban miodu"

Honningkrukken
Elipsa, 2008
Liczba stron: 192
Literatura norweska
7/10

Gert Godeng, a właściwie Gert Nygårdshaug to norweski poeta i pisarz. Jego imię znane jest przede wszystkim z serii kryminałów zatytułowanej "Krew i wino", której głównym bohaterem jest Fredric Drum. 

Fredric Drum przybywa do St. Emilion, jednego z najbardziej znanych rejonów winiarskich we Francji, by kupić wino dla małej restauracji w Oslo, której jest współwłaścicielem. Zostaje wciągnięty w sprawę tajemniczego zniknięcia w ciągu ostatnich miesięcy siedmiorga mieszkańców miasteczka. Wiele wskazuje na to, że Fredric zostanie ósmą ofiarą. 

Książkę przytachałam do domu w ramach bibliotecznej akcji "Uwolnij książkę". Miałam wtedy chrapkę na jakiś kryminał, a ponieważ ten akurat był w niezłym stanie (tylko takie żółte kropki posiada na pierwszych dwóch stronach) zabrałam go ze sobą. Czy to była dobra decyzja - nie wiem, trochę się waham jak ocenić tę książkę, bo uczucia mam mieszane jak nigdy. 

Sama postać Norwega Fredrica Druma nie była zła. Sympatyczny gość w okolicach trzydziestki. Znawca win, który swój czas wolny spędza na badaniu starożytnych kultur. Trochę nieśmiały, o jasnym umyśle i umiejętności bystrej obserwacji otoczenia. Niby alles klar, ale czegoś mi w nim zabrakło. Detektyw - amator nie musi dorównywać Holmesowi (to w ogóle możliwe?), ale w Drumie chyba zabrakło tej specyficznej iskry. Troszkę mi to przeszkadzało. 

Za to całkiem sympatycznie wypadły fragmenty o badaniu pisma linearnego B (mówi Wam to coś? Miłośnikom historii pewnie tak ^.^). Fredric starał się odczytać owo tajemnicze pismo. Spędzał nad tym czas w Norwegii wspólnie z dwojgiem przyjaciół - Tobem i Mayą Manuellą - oraz we Francji, kiedy potrzebował odpoczynku. Generalnie jest to wątek ciekawy, poświęcono mu sporo akapitów. Ale zastanawiało mnie cały czas to, czemu ma służyć ten wątek. Pod koniec powieści mnie oświeciło, że to nie tylko ozdóbka estetyczna - przecież w kryminałach nie ma bezsensownie upychanych słów. No, w tym przypadku składam ukłon w stronę autora, bo świetnie pobawił się zagadką pisma.

Denerwowało mnie skakanie autora do wspomnień Federica w najmniej odpowiednich chwilach. Gdy już się wkręciłam w zdarzenia w St. Emilion, nagle Godeng przenosił mnie do zimnego Oslo drogą wspomnień. Trochę to drażniące, mimo że zdaję sobie sprawę z potrzeby istnienia tych wspomnień.

Zakończenie. W każdym dobrym kryminale największym przeżyciem dla czytelnika jest zakończenie. Właśnie na tych ostatnich stronach ukazuje się w pełnej krasie prawda, następuje rozwiązanie wszystkich zagadek napotkanych w czasie czytania. I często właśnie zakończenie decyduje o tym czy czytelnik poleci powieść znajomym czy nie. Jeżeli przyniesie rozczarowanie, książka zginie w czeluściach kurzu, jeżeli satysfakcję, zbierze rzeszę fanów. I to owo zakończenie wprawiło mnie w szok. Element zaskoczenia genialny. Oto chodziło - żebym ze zdziwienia siedziała z otwartą buzią i czytała kilka razy to samo zdanie. Gert Godeng podołał stworzeniu niebanalnego rozwiązania zagadki. Nawet mi do głowy nie przyszła taka możliwość jaką on zastosował.  Chapeau bas, panie Godeng!

Koniec końców polecam Wam tę ksiązkę. Ja mam mieszane uczucia, ale nie żałuję, że przeczytałam "Dzban miodu", bo było to fajnie spędzone popołudnie.

***

Wyjeżdżam w niedzielę na dwa tygodnie, ale może ustawie czasowo jakąś recenzję (jeżeli taką skrobnę) i będziecie mieli coś do czytania. Jeżeli nie to pierwszy post pojawi się dopiero po 6 sierpnia ;)

środa, 11 lipca 2012

[95] Agatha Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Murder on the Orient Express
Dolnośląskie, 2010
Liczba stron: 262
Literatura angielska
10/10

Agatha Christie to jedna z najpoczytniejszych angielskich pisarek i chyba nie ma mola książkowego, który by o niej nie słyszał. Jej książki od lat zdobywają serca kolejnych czytelników i cieszą się ich uznaniem. Stworzyła dwie kultowe postacie detektywistycznego świata (obok słynnego Holmesa oczywiście), czyli Herkulesa Poirot i pannę Marple. Niektóre z jej książek zostały sfilmowane jak na przykład "Morderstwo w Orient Expressie". 

Herkules Poirot po rozwiązaniu sprawy kryminalnej w Azji wraca do Europy. Pociąg Orient Express, którym podróżuje, grzęźnie w zaspie śnieżnej. W nocy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie jeden z pasażerów. Detektyw Poirot rozpoczyna dochodzenie, a jego podróż zamienia się w śledztwo. Fakty wskazują, że zabójca zajmuje przedział w tym samym wagonie... Czy Poirot zdoła rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa?

Miałam możliwość wybrania sobie książki, która miała być dołączona do świadectwa. Z wahanie chwyciłam za jedną z dwóch leżących na stoliku powieści Agathy Christie. Do końca nie byłam pewna swojego wwyboru, więc by się przekonać, zaczęłam czytać kilka godzin po zakończeniu roku szkolnego. Już po pierwszych kilku stronach, wiedziałam, że ta historia Herkulesa Piorot to strzał w dziesiątkę.

Było to moje pierwsze spotkanie z ekscentrycznym belgijskim detektywem i muszę przyznać, że było to spotkanie nadzwyczaj udane. Herkules w swej sztuce dedukcji, domyślania się i wyciągania wniosków przypominał mi Sherlocka Holmesa (którego uwielbiam). Kto wie, być może to daleki krewny angielskiego detektywa?  ;) Podobał mi się jego styl prowadzenia dochodzenia, to jak myślał, rozumował im dochodził do wniosków. Poirot zdobył moje serce, szczerze go polubiłam i zawsze będę go witać szerokim uśmiechem.

Czasem nieco drażniła mnie postać przyjaciela Herkulesa, tj. monsieur Bouca. Generalnie był sympatyczny i zdaje się, że darzył szczerą przyjaźnią i zaufaniem naszego Belga. Był trochę porywczy, chwytał się każdego możliwego wyjaśnienia tego makabrycznego morderstwa niczym tonący brzytwy. Ale jak już mówiłam, Bouc da się lubić.

Niewątpliwą zaletą powieści jest fakt niesamowitego zawężenia kręgu podejrzanych wyłącznie do osób podróżujących jednym konkretnym wagonem. To buduje napięcie, bo wiemy, że mamy do wyboru tylko kilkanaście osób i nikogo poza tym. To wąskie pole może trochę drażnić, ale też skłaniać do zastanowienia, gdyż (pozornie) każdy ma alibi. Ale przecież ktoś musiał zamordować tego człowieka, sam nie zadałby sobie kilkunastu ciosów ostrym narzędziem prawda?

Podobał mi się podział na trzy główne części: fakty, zeznania i rozmyślenia Herkulesa. Pozwala to czytelnikowi nadążyć za akcją, a także sprawia, że ma się wrażenie przebywania w samym Orient Expressie. Jesteśmy niemal naocznymi świadkami wydarzeń. Możemy wraz z belgijskim detektywem szukać mordercy. Sami szukamy i wyłapujemy poszlaki. Christie nie robi z czytelnika bezmyślnego żuczka. Daje czytelnikowi trochę, bo resztę odkrył sam z pomocą bohaterów ze stronic książki. Kiedy w wagonie restauracyjnym odbywały się dokładne przesłuchania pasażerów czułam się tak, jakbym siedziałam obok Herkulesa.

Niewątpliwym atutem "Morderstwa w..." jest jego nietuzinkowe zakończenie. Na ostatnich kartach poznajemy motyw, który spowodował, że jeden z pasażerow zginął drogą morderstwa. Największym zaskoczeniem jest to, kto zabił tego mężczyznę. Prawda jednak może nigdy nie ujrzeć światła dziennego i będzie dostępna tylko postaciom stworzonym przez Christie i tysiącom czytelników...

Gorąco zachęcam Was do przeczytania tej powieści. Jest ona z pewnością jedną z najlepszych powieści kryminalnych - trzyma w napięciu i niepewności do ostatniej strony. "Morderstwo w Orient Expressie" na stałe wejdzie do kanonu moich ulubionych książek.

******

Przepraszam Was za błędy itp., ale nie jestem u siebie i nie chce mi się bawić w poprawki. Nienawidzę przepisywania... -.-

niedziela, 8 lipca 2012

Ty też możesz nakarmić psiaka!

O tej wyjątkowej akcji dowiedziałam się od siostry, która od znajomych na fejsie otrzymała wezwanie do pomagania. Jakoże ja fejsa nie mam, pewnie bym się nie dowiedziała. Ale mam kochaną starszą siostrę ;)

Akcja nic nie kosztuje. No, może odrobinę wolnego czasu ;) Chodzi o pomoc psiakom ze schroniska w Zabrzu. Każda osoba może pomóc. Kliknijcie na poniższy link, przejrzyjcie sobie dokładnie całą stronę i jeżeli chcecie wybierzcie sposób pomocy zwierzakom. Dajcie znać swoim znajomym, oni niach puszczą info dalej. Wiem, że wielu z Was jest wrażliwych na los zwierząt, często sami macie w domu psa, kota czy rybkę. Myślę, że ktoś z Was skusi się na nic nie kosztującą pomoc pieskom ze schroniska.





Jeszcze raz polecam akcję i zapraszam do udziału w niej ;)

czwartek, 5 lipca 2012

11 pytań ;)

Otagowała mnie Mery, za co dziękuję ;)

Zasady:
1. Każda otagowana osoba musi odpowiedzieć na swoim blogu na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger'a"
2. Następnie wybrać 11 nowych osób do tagu i zadać im 11 pytań.
3. Nie powinno się tagować ponownie osób, które już są brały udział w zabawie.

Oto pytania od Mery:
1. Charlotte Bronte czy Jane Austen? Austen ;)
2. Paranormal czy klasyka? Hm... Klasyka.
3. Wielka papierowa biblioteka czy masa e-booków w czytniku? GIGANTYCZNA papierowa biblioteczka.
4. Wrzos czy lawenda? Wrzos.
5. Klasyka angielska czy rosyjska? Angielska :)
6. Audrey Hepburn czy Marilyn Monroe? Monroe.
7. Kuchnia włoska czy francuska? Włoska oczywiście!
8. Czarny humor: tak czy nie? Od czasu do czasu czarny humor też jest potrzebny ;)
9. Deszczowe poranki czy wieczory? Deszczowe popołudnia.
10. Van Gogh czy Salvador Dali? Lubię (post)impresjonizm, ale Dali to poezja sama w sobie, więc Dali ;)
11. Ania Shirley czy Emilka Byrd Starr? Ania!

Moje pytania: 
1. Seria o Potterze czy Saga "Zmierzch"?
2. Kryminał czy romans?
3. Film wojenny czy obyczajowy?
4. Historia czy biologia?
5. Argentyna czy Indie?
6. Ciasto domowej roboty czy kupny placek?
7. Woda mineralna gazowana czy niegazowana?
8. Biblioteka czy księgarnia?
9. Metallica czy Michael Jackson? 
10. Domek z ogródkiem czy apartament w wieżowcu?
11. Jesień czy wiosna?

Do zabawy zapraszam: 
Varia, Susie, Meme, Booklover, Moreni, Książkozaur, Dominika Anna, Giffin, Gabrielle_ , Mani, Bsz ;)


środa, 4 lipca 2012

Powrót + stosik książkowy

Wracam niczym syn marnotrawny po ponad miesięcznej przerwie. Czas odkurzyć stare kąty, uzupełnić braki w podstronach i recenzjach, a także zacząć ponownie komentować Wasze posty. Są wakacje, czasu trochę więcej, leń mi przeszedł (przynajmniej tak myślę). Obiecuję Wam  w najbliższym czasie recenzję "Morderstwa w Orient Expressie" Agathy Christie (książkę otrzymałam za bardzo dobre wyniki w nauce, przeczytałam szybko i nadal jestem w szoku po przeczytaniu zakończenia).

Stos książkowy: 

Od góry:
  1. Ursula K. Le Guin "Grobowce Atuanu" - prezent gwiazdkowy od siostry
  2. Vera F. Birkenbihl "Jak szybko i łatwo nauczyć się języka" - znalezisko z szafy
  3. Rosamunde Pilcher "Czas burzy" - siostra z myślą o mnie wzięła od koleżanki porządkującej zbiory ksiązkowe.
  4. Irena Jurgielewiczowa "Wszystko inaczej" - jak wyżej
  5. Beata Pawlikowska "Blondynka w Kambodży" - prezent gwiazdkowy od Meme
  6. Maria Rodziewiczówna "Anima Villis" - zakup w Weltbildzie, ale kiedy to było...?
  7. Gert Godeng "Krew i Wino: Dzban miodu" - z biblioteki, w ramach akcji "Uwolnij książkę"
  8. Ann Brashares "Nigdy i na zawsze" - wygrana w konkursie na Najbardziej Romantyczne Literackie Pary (pomogła mi wygrać para z "Quo Vadis ;)
  9. Freeman Willis Crofts "Tajemnica Hog's Back" - tak samo jak w punktach 3 i 4
  10. Stanisława Fleszarowa - Muskat "Lato nagich dziewcząt" - zakup kioskowo - gazetowy z marca chyba.
  11. Jane Austen "Rozważna i romantyczna" - jak w punkcie 7 ;)
No trochę się tego nazbierało.

Poza tym, że mam zamiar spać, jeść, czytać, oglądać filmy, myszkować w bibliotece i bez celu i bez pośpiechu łazić po mieście to jeszcze będę zakuwać do olimpiady historycznej. No i wyjeżdżam na dwa tygodnie. Trzymajcie kciuki za to moje zakuwanie ;)

W tym roku (we wrześniu) będzie już trzy lata jak tu urzęduję. Prawdę mówiąc rodzi mi się w głowie pomysł na konkurs z tej okazji... CO Wy na to?

niedziela, 27 maja 2012

[94] Ewa Baniecka "Jośka. Pamiętnik maturzystki"

Telbit, 2007
Liczba stron: 206
Literatura polska
9/10

Ewa Baniecka urodzona w 1973 roku w Gdańsku ukończyła m. in. filologię polska na Uniwersytecie Gdańskim. Pracowała jako redaktor, prowadziła też zajęcia teatralne dla dzieci i młodzieży. "Jośkę..." napisała z tęsknoty za tym, żeby móc jeszcze raz pójść na wagary.

Jośka nie jest typową nastolatką - tak mogłoby się przynajmniej wydawać. W klasie maturalnej ze zdumieniem odkrywa, że... wielu jej rówieśników ma kontakt z narkotykami. Szokiem jest dla niej również ciąża przyjaciółki. Trudno jednak mówić o naiwności; Jośka jest po prostu dziewczyną obdarzoną rozsądkiem, z dobrze poukładanym światem i priorytetami. Jak wyglądają jej relacje z rówieśnikami i z rodziną? Czy rzeczywiście tak bardzo różni się od swoich koleżanek?

"Jośkę..." niejednokrotnie widziałam na bibliotecznej półce. Omijałam ją jednak, bo wydawało mi się, że jest to kolejna pusta, bezsensowna książka o nieszczęśliwej nastolatce.A tu takie ogromne zaskoczenie! Zapunktowała u mnie sobie dotychczas nieznana mi autorka, ale także wydawnictwo Telbit, które poznałam przy okazji czytania równie mądrej i pięknej książki pt. "Antonówka".  

Powieść porusza ważne problemy w zwykły, przystępny każdemu sposób. Istotnym wątkiem jest wątek "narkotykowy". Ukazuje on, że narkotyki to nie coś, co się dzieje wszędzie tylko nie w naszym najbliższym otoczeniu. Prawda jest brutalna - wśród nas jest wielu, którzy przynajmniej próbowali. Niektórzy po jednorazowej akcji odrzucili ten typ rozrywki tak jak Marcin, innych to wciągnęło na tyle, że skończyli jak książkowy Arti. Myślę, że jest to nieco alarmujące. 
W otoczeniu Jośki zaistniał także problem, który dowodzi, że w szkołach ci zdolniejsi nie mają łatwo. Joanna, która niemal taranem przeszła przez wszystkie etapy olimpiady polonistycznej, spotyka się z odrzuceniem, czy też raczej zazdrością i zawiścią ze strony klasowego, hm, ugrupowania Praworządnych. Dziewczyny dostaną prztyczka w nos pewnym listem, ale i tak niewiele to da.

Spodobała mi się postać Jośki. Zwykła dziewczyna, po prostu licealistka, uczennica klasy humanistycznej rozmiłowana w mowie ojczystej. W stosunku do reszty świata stara się zachować "politykę dystansu", co wychodzi jej z miernym skutkiem. Przechodzi zauroczenie Artim, ale dostrzega innego chłopaka. Jej pierwszy związek przysporzy jej wielu mniej i bardziej pozytywnych przeżyć. Jej przyjaźń z Moniką, której życie spłatało figla przechodzi kryzys, co Joasia musi ciężko przetrawić. Podsumowując - postać Joanny to postać normalnej dziewczyny "z dobrze poukładanym światem i priorytetami". Ona urzeka swoją zwykłością i w pewnym sensie prostotą. Co najważniejsze - dziewczyna nie jest naiwna. Poza jednym razem, kiedy ma nadzieję, na to, że jej przyjaciółka stworzy ze swoim chłopakiem idealną rodzinę.

Reszta bohaterów stanowi tło powieści.Jedną z najistotniejszych postaci drugoplanowych jest Marcin - outsider. Jest przyjacielem Joanny; jego cechą charakterystyczną jest cynizm i jako - takie zamknięcie się w sobie. Na początku niezbyt mi się podobał, przebijało z niego coś z szyderstwa wobec świata, uprzedzało mnie to do niego. Z kolejnymi kartkami uprzedzenie zmieniło się w sympatię, która ostatecznie upadła na rzecz tegoż uprzedzenia właśnie. Nie chcę zdradzać za dużo, bo może Wam to popsuć frajdę zczytania ;)

Iza, sąsiadka i przyjaciółka Jośki jest dowodem na to, co staje się z ludźmi, którym sodówka uderza do głowy.

Bardzo sympatyczne są postacie poboczne - zakręcona i zbuntowana Ewa, zafascynowana ezotryką Daniela i zabiedzona, nieśmiała Anulka. Postać tej ostatniej porusza problem przemocy i alkoholizmu w rodzinie. Joasia (wraz ze mną) była pod wrażeniem tego jak Anulka odnajduje się w tak nieprzyjaznym miejscu jak jej własny dom.

Książkę polecam oczywiście młodzieży, ale także rodzicom. Sądzę, że "Jośka" jest dosyć wiarogodnym przykładem życia i problemów dzisiejszej młodzieży.
_____________________

Bardzo przepraszam Izabell - nie odpowiedziałam jeszcze na oTAGowanie. Postaram się zrobić to w najbliższym czasie i błagam o wybaczenie ;)


niedziela, 6 maja 2012

[93] Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Finding Noel
Znak, 2011
Liczba stron: 296
Literatura amerykańska
10/10

Richard Paul Evans to urodzony w Salt Lake City amerykański pisarz, autor m. in. bestsellerowych "Stokrotek w śniegu". W sumie napisał ponad 20 powieści, w języku polskim jest dostępnych tylko kilka, a szkoda. 

Czy wierzysz w to, że anioły naprawdę czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię? Mark przekonał się o tym wraz z pierwszym łykiem gorącej czekolady, która pewnego wieczoru nalała mu do filiżanki Macy. Spotkali się przypadkiem. On - życiowy rozbitek, samotny i zrezygnowany, ona - doświadczona przez los i skrzywdzona w dzieciństwie, jednak mimo wszystko skłonna do niesienia pomocy innym. Z lękiem, ale i radością obserwują rodzące się między nimi uczucie. 
Tylko czy trudna przeszłość nie okaże się silniejsza od ich młodej miłości? I kim jest tajemnicza Noel, która może całkowicie zmienić ich życie?

"Szukając Noel" znalazłam po choinką w ubiegłe święta. Sięgnęłam po nią dopiero teraz, w długi weekend, chcąc odpocząć od szkoły i lektur. Książkę pochłonęłam w dwa dni (dzisiaj rano skończyłam), a to chyba o czymś świadczy ;) Z panem Evansem spotkałam się już wcześniej przy okazji czytania "Stokrotek w śniegu" i było to spotkanie niesamowite, magiczne. To obecne także takie było. 
Zakochałam się w ksiązce od pierwszego zdania:
"Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, mama powtarzała mi często, iż każdy człowiek przychodzi na świat w jakimś celu." 
Historia, która urzeka już od pierwszego zdania, musi być niezwykła, prawda? 
Tytuł sam w sobie też jest intrygujący. Jaka Noel? Kim była, co zrobiła? Dlaczego głównej bohaterce tak zależy na odnalezieniu jej? Jest to bez wątpienia wiodący motyw w tej książce, ja jednak uważam, że on jest tylko tłem, dla innych poszukiwań. Poszukiwań samego siebie, swoich prawdziwych pragnień, marzeń. W pewien sposób także delikatnie zmusza bohaterów do podjęcia ważnych decyzji, które uporządkują bałagan w ich życiu i uzupełnią brakujące puzzle. Bez nich nie można zrobić porządku. 
Ciekawe były hasła rozpoczynające każdy z 36 rozdziałów (+Epilog). Pochodzą one z pamiętnika Marka, głównego bohatera. Jedne skłaniają do refleksji i pokazują nam pewne oczywste oczywistości. Inne są całkiem zabawne, jak to:
"Zadzwoniłem do Tennys, by powiedzieć jej, że wracam do Utah. Nawet jeśli był tym zawiedziona, nie dała po sobie niczego poznać. Słowo daję , ta kobieta jest niesamowita. Gdyby powiedzieć jej, że płoną jej włosy, najpewniej spytałaby grzecznie, czy kolor płomieni pasuje do bluzki."
Spodobali mi się główni bohaterowie. Młodzi ludzie, po przejściach, raczej z niewesołym dzieciństwem. Ale piękne jest to, że mimo tego żyją dalej, pomagają innym, zawierają przyjaźnie, darzą szczerą miłością. Kiepski początek nie musi oznaczać równie kiepskiej kontynuacji i takiegoż zakończenia.
Wszystko to było niesamowite, jedyne w swoim rodzaju itp., itd., ale prawdziwym tajfunem był ostatni akapit. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak wielu z Nas lubi Święta Bożego Narodzenia? Nie te komercyjne, odbywające się w witrynach niemal wszystkich sklepów, galerii handlowych czy pasaży, ale te, z zieloną choinka w kącie domu, zapachem makowca, Cichą Nocą w tle, najbliższym przy stole. Mark Smart, chłopak z kartek książki odkrywa wszystkie karty i ukazuje Nam nasze przywiążanie do świąt w taki sposób:
"Być może za wszystkimi pieśniami, wierszami i historiami o Bożym Narodzeniu to właśnie się kryje - dążenie do rzeczy, która każdemu człowiekowi wydaje się najlepiej znana i najbliższa. Każdego roku śpiewamy dokładnie te same pieśni, przygotowujemy takie same dania, bierzemy udział w tych samych tradycyjnych rytuałach, by poczuć, że istnieje na ziemi miejsce, które możemy nazwać domem. Bo każdy człowiek szuka przecież własnego domu."
Mnie ta powieść naprawdę urzekła. Będzie dla mnie wyjątkowa zawsze i zapewne przeczytam ją jeszcze nie raz. Przeczytajcie, zachwyćcie się i zmotywujcie kolejną osobę do przeczytania jej ;).

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

[92] Małgorzata Musierowicz "Pulpecja"

Akapit Press, 2000
Liczba stron: 179
Literatura polska
10/10

Myślę, że Małgorzatę Musierowicz znają wszyscy, ale mimo wszystko przedstawię ją trochę. Urodziła się w 1945 roku w Poznaniu, a obecnie  mieszka niedaleko tego miasta. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych i z zawodu jest grafikiem. Pisywała felietony do Tygodnika Powszechnego, aż wreszcie (na nasze szczęście), zajęła się pisywaniem powieści dla dzieci i młodzieży. Napisała m. in. kultową "Jeżycjadę", której tomy nadal powstają. Właśnie jeden z nich jest bohaterem mojej recenzji.

"Pulpecja" po raz pierwszy została wydana w 1993 roku, a wydarzenia w książce mają miejsce na przełomie lat 1991-2. Bohaterką jest Patrycja Borejko, ze względu na otyłość wynikłą z obżarstwa zwana w rodzinie Pulpecją. Dziewczyna nie ma jednak z powodu figury najmniejszych kompleksów, cieszy się wręcz nadmiernym zainteresowaniem ze strony płci przeciwnej, co uważa za pochlebne i zabawne, ale nadzwyczaj kłopotliwe. Patrycja chodzi do maturalnej klasy wraz z Romą Kowalik – swoją najlepszą przyjaciółką, z którą dotąd zawsze znajdowała wspólny język. Jednak w przeciwieństwie do zadowolonej z siebie i swojego życia Patrycji Roma nie czuje się szczęśliwa, zwłaszcza gdy widzi, że chłopak, w którym jest bez wzajemności zakochana, zaczyna zwracać uwagę na Pulpecję. Sama Pulpecja zaś, dotąd zawsze wiedząca, czego chce, niespodziewanie przestaje się odnajdywać w świecie. Zajmuje się wszystkim, tylko nie nauką do matury, ponieważ i jej serce zaczyna bić mocniej.

Po ósmy tom "Jeżycjady" sięgnęłam tylko dlatego, że pojawia się tutaj postać Floriana, którego zapewne pamiętacie z pierwszego tomu, kiedy to zwano go Bobciem. Po przeczytaniu "Sprężyny", która w ogóle mi się nie podobała w pewien sposób przyrzekłam sobie, że nie sięgnę więcej po "Jeżycjadę". Ale książki Pani Musierowicz mają "wrodzony magnetyzm". Sięgnęłam po historię Pulpy i Baltony i nie żałuję.
Myślę, ze na temat postaci nie muszę się wypowiadać. Są po prostu świetne. Patrycję pokochałam od razu, a do Meme wysłałam SMS, że ma mi poszukać takiego Baltonę, więc to chyba o czymś świadczy ;) Nieco denerwowała mnie kapryśna Ida, ale ona tak ma. Gabrysia porzucona przez męża matka dwóch córek odnajduje swoją porcję szczęścia w postaci Grześka Stryby. Każda z postaci w książce ma swoje pięć minut, mimo że nie jest głównym bohaterem.
Zauważyłam u siebie pewną rzecz. Kaprysy Idy czy sportowo-zdrowotne przyzwyczajenia Gaby zostały przeze mnie odebrane nie jako pomysł autora, by uczynić niektóre postaci niesympatyczne, ale jako ich charakter, z którym się urodziły. To się nazywa kunszt pisarski!
Lubię rodzinę Borejków i ich gniazdko uwite przy Roosevelta 5. Ono jest takie pełne ciepła i bezpieczeństwa. Jest gościnne, dobre, otulone miłością wszystkich domowników i ich gości. Tutaj każdy poczuje się jak u siebie. Zapukaj do drzwi a dostaniesz herbaty i zostaniesz wysłuchany. Raj po prostu ;)
Żałuję, że nie zapisałam sobie cytatów, które bardzo mi się podobały. Byłam tak pochłonięta czytaniem, że machnęłam ręką na tak przyziemną sprawę.
Dotąd moim ulubionym tomem "Jeżycjady" była tylko i wyłącznie "Szósta klepka", którą kocham miłością najczystszą i najszczerszą. Teraz obok niej znajdzie się "Pulpecja". Kto wie, może następne będzie "dziecko piątku"?
"Pulpecję" gorąco polecam tym, którzy jeszcze nie przeczytali. Z tą książką spędzicie cudowne popołudnie ;)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Stosik pod patronatem...

... Szekspira głównie. No cóż, bywa i tak ;)

Książki stojące od lewej:
  1. William Szekspir "Romeo i Julia"
  2. William Szekspir "Makbet" (przeczytane)
  3. Joseph Conrad "Jądro ciemności" (przeczytane)
  4. Janusz Leon Wiśniewski "Martyna"
Książki leżące od lewej:
  1. William Szekspir "Dzieła dramatyczne. Tom 6" (Otello i Król Lir)
  2. Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"
  3. Małgorzata Musierowicz "Pulpecja"
  4. William Szekspir "Hamlet"
Czyli generalnie lekturowo. Nie wiem jak będzie z recenzjami - jak wracam do domu to nic mi się nie chce, nie mogę się zmobilizować do nauki, a co dopiero do napisania recenzji, ale w weekend postaram się naskrobać coś o "Makbecie", którego niedawno przeczytałam (całkiem niezłe było). ;)

środa, 28 marca 2012

[91] Krzysztof Bielecki "Defekt pamięci"

Książka wydana własnym nakładem w ramach
Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości
2012
Liczba stron: 154
Literatura polska
8/10

Pan Krzysztof Bielecki jest autorem czterech książek i wbrew pozom "Defekt pamięci" nie jest jego debiutem. Wcześniej napisał "Miasto to gra", "Raz na kilkaset lat" oraz "Kod, czyli rzeczy, które zauważasz, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo".

Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę? Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem. Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą. Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku. "Defekt pamięci" to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.

Książkę pożyczyłam od Meme, która ksiązkę sobie bardzo chwaliła. W sumie chciałam ją przeczytać nie ze względu na litanię pozytywów, jaką wylała z siebie Meme, ale na niewielką objętość książki. Potrzebowałam czegoś niedużego i szybkiego. Dostałam to, co chciałam z dodatkiem jakim była świetna zabawa.
Przyznam się szczerze, ze mam taki brzydki zwyczaj czytania końcówki książki. przeczytałam fragment ostatniego rozdziału i sądziłam, że wiem jakie jest zakończenie i, że nic a nic mnie nie zaskoczy. Autor pokazał mi, jak bardzo, ale to bardzo się myliłam. W tej książce NICZEGO nie można być pewnym.
Kool Autobee jest z pewnością ciekawą postacią. Nienawidzi czytania i wszelkiej literatury. Kocha swoja pracę w biurze i zapach tonera, co w sumie jest jego jakby narkotykiem. Lubi to co go otacza i nie potrzeba mu więcej. Chociaż przydałby się remont kuchni... I tu historia się rozkręca. Kool staje się jednym z Piszących wbrew swojej woli. Za wszelką cenę chce wrócić do swojego poprzedniego życia, do życia, które spokojnie się toczyło nim zaczął pisać, a jego życie zaczął napędzać Motywator.
Przewijają się tutaj głównie postacie Piszących. Albo postacie stworzone przez Piszących. W sumie to nie wiadomo kto jest kim i niezwykle łatwo jest się w tym wszystkim zaplątać ;)
Gdzieś na kilka rozdziałów przed końcem, co jakiś czas, pojawia się niepokojące, generalnie nieistotne zdanie mówiące o więzieniu ludzi w banku przez jakiegoś człowieka. To zdanko strasznie się wcina w bieżące zdarzenia. Ale jak widać autor miał w tym swój (mroczny) cel... ;)
"Defekt pamięci" to książka nieprzeciętna. Kiedy w pewnie sobotni poranek skończyłam czytanie tejże książki od razu chwyciłam za komórkę i posłałam SMS do Meme o mniej-więcej takiej treści:
"Trzeba mieć łeb jak sklep (a nawet jak hipermarket), żeby napisać tak zwichrowaną (w
pozytywnym sensie) ksiązkę. Pełen odlot."

Gorąco polecam Wam tę pozycję. Ona z pewnością ożywi Wam dzień i będzie się gorączkowo zastanawiając o co tu właściwie chodzi i czy autor nie robi nas w balona. Koniecznie przeczytajcie, bo jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie czytelnicze ;)

wtorek, 13 marca 2012

[90] Jarosław Kret "Planeta według Kreta"

Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011
Liczba stron: 280
Literatura polska
8/10

Jarosław Kret to polski dziennikarz telewizyjny oraz fotoreporter. Z wykształcenia jest egiptologiem. Obecnie kojarzony często z pracą jako prezenter pogody.

Jarosław Kret w swojej działalności reporterskiej i dziennikarskiej przemierzył niemal cały świat! Chętnie dzieli się wrażeniami ze swoich wypraw.
W najnowszej książce zabiera czytelników do miejsc szczególnie mu bliskich. W ujmujący sposób opowiada o niezwykłych zabytkach, osobliwych zwyczajach, a przede wszystkim niepospolitych ludziach, których spotkał, ich zajęciach i tradycjach

Na Gwiazdkę prosiłam wujostwo o jedną z książek Jarosława Kreta, a konkretnie o "Moje Indie". Zamiast tego pod choinka znalazłam "Planetę według Kreta", która okazała się świetnym podarunkiem.

Naszą przygodę zaczynamy w Europie. Potem zahaczamy o Bliski Wchód, potem szturmujemy Afrykę, następnie łykamy troszkę klimatu Ameryki Południowej. Wyczerpującą podróż kończymy na luksusowym, niedostępnym zwykłym śmiertelnikom Mauritiusie.
Nie ukrywam, że pierwszy rozdział opowiadający o Austrii zanudził mnie totalnie. Był dla mnie nieinteresujący i nieciekawy. Ale zrekompensował mi to nie tylko kolejny rozdział, ale takze każdy następny.
Jeden z rozdziałów jest całkowicie poświęcony kobietom w islamie. Jest napisany z nieprzeciętnego punktu widzenia - możemy obserwować rozmowę kilku muzułmanek. Rozdział ten obfituje też w fotografie muzułmanek. Niektóre pracują w polu, inne się modlą, jeszcze inne idą ulicami miasta. I nie wszystkie ubrane są od stóp do głów.
Jarosław Kret w swoich relacjach z podróżny wspomina tez o pracy polskich archeologów w Libanie, a także o misjonarzach - Polakach na Madagaskarze.
Ogromna zaletą książki są obłędne zdjęcia. Wszystkie były niesamowite, przyciągające i hipnotyzujące. Mam kilka ulubionych. Najpierw spodobało mi się zdjęcie Tunezyjczyka, którego zdjęcie znajduje się na wstępie do rozdziału. Kolejne zdjęcie - chyba najbardziej przeze mnie lubiane - przedstawia cztery uśmiechnięte młode Malgaszki. Poza tym podobały mi się zdjęcia miejsc takich jak Wenecja czy Brazylia.
Książka jest mila odmianą od suchych przewodników, opisujących tylko najważniejsze i najbardziej kultowe miejsca w danym kraju. Jarosław Kret pokazuje nam te mniej uczęszczane zakątki.

Podsumowując - "Planeta według Kreta" jest fajną lekturką na nudne popołudnia. Ona przeniesię Cię w dalekie krainy, gdzie nie będziesz mieć czasu na nudę.

środa, 22 lutego 2012

[89] Sara Giovi "Paweł i Sara. Miłość silniejsza od śmierci."

Paolo e Sara. Un amore piu forte della morte.

Jedność, 2004
Liczba stron: 142
Literatura włoska
6/10


Książka ta opowiada historię wielkiej, autentycznej miłości Pawła i Sary. Łączące tych dwoje ludzi uczucie jest pod każdym względem wyjątkowe - uskrzydlające, oparte na radości wspólnego życia.

Ten tydzień spędzam u siostry. Na jej półce z książkami zawsze można znaleźć coś ciekawego. Tym razem wpadła mi w ręce ta oto niewielka książeczka. Choć była mało pozytywnie oceniania przez moją siostrę, która zaczęła ją czytać i nie skończyła, to postanowiłam ją przeczytać jako przerywnik w czytaniu (czy też męczeniu) "Boskiej komedii". Obyło się bez niespodzianek i fajerwerków, ale było nieźle.
Z przedmowy dowiadujemy się, że Sara i Paweł byli nauczycielami, poświęcili swoje życie uczeniu i wychowaniu wielu młodych ludzi, ponieważ sami nie mieli dzieci. On nauczyciel historii i filozofii w liceach, ona nauczycielka w szkole podstawowej. W przedmowie znajdziemy również zdanie, które opisywało to, czym dla nich było małżeństwo - "W miłości małżeńskiej widzą fascynujący ślad miłości Boga (...)".
Zarówno oni, jak i ich miłość zostają poddani ciężkim próbom. Utrata trojga maleńkich dzieci, nieudana adopcja. Następnie ciężka choroba Pawła, długie leczenie, a w końcu jego śmierć. Oni jednak nie poddawali się, znajdowali oparcie w przyjaciołach i w swoim ukochanym Panu.
Książka jest pamiętnikiem. Pierwsza część (czy też rozdział, nie wiem jak to nazwać) zawiera wpisy i Pawła, i Sary. Krótsze, dłuższe. Mówią one o wzajemnej miłości, tęsknocie, o życiu, o walce z negatywnymi cechami charakteru i odkrywaniu Boskiego planu. Kolejna część to notatki tylko Pawła, który już chorował. Pisze o wsparciu i poświęceniu żony, o chorobie, leczeniu i wracaniu 'do siebie'. Następny rozdział to pamiętnik Sary, która pokładając ufność w Bogu, wiernie trwa przy mężu pielęgnując go do samego końca. Dwa kolejne rozdziały to kilka stron o życiu Sary po utracie Pawła. Ostatni rozdział zawiera wspomnienia przyjaciół.
Książka ukazuje dzieje niezwykłego małżeństwa, które pokłada głęboką ufność w Bogu. Całkowicie poddają się woli Boskiej i planowi jaki ma wobec nich Pan. Kiedy czytałamksiążeczkę na myśl przyszła mi inna literacka para, a mianowicie Marek Winicjusz i Ligia Kallina ("Quo Vadis" H. Sienkiewicz). Oni także swą miłość przeżywali w obliczu Boga.
Generalnie książkę mogę Wam polecić, będzie dobrą odskocznią od 'cięższych' lektur.

"Pierwszym powołaniem każdego jest miłość: gdzie brak miłości, tam pustynia, zniszczenie, katastrofa."

czwartek, 16 lutego 2012

[88] Józef Bedier "Dzieje Tristana i Izoldy"

Le roman de Tristan et Iseult
Greg, 2007
liczba stron: 109 (z opracowaniem)
Literatura francuska
Lektura szkolna
7/10

Najpiękniejsza średniowieczna opowieść poetycka o miłości, która jest silniejsza nawet od śmierci.
Tristan z Lonii, siostrzeniec króla Kornwalii Marka, uwalnia kraj od irlandzkiego potwora Marhołta. W tej walce mężnego rycerza rani jednak zatrute ostrze miecza. Dzięki opiece Izoldy Jasnowłosej dochodzi do zdrowia i wraca do swojej ojczyzny. Wkrótce przybywa ponownie do kraju Marhołta, tym razem po Izoldę, przyszłą żonę króla Marka. Na statku przez pomyłkę oboje młodzi wypijają wino z ziołami, które matka Izoldy przygotowała, żeby scementować miłością związek dziewczyny ze starym królem. I tak Tristan i Izolda pokochali się na śmierć i życie. Niestety, wszystko sprzysięgło się przeciwko nim i ich uczuciu. Kochankowie próbują wprawdzie żyć bez siebie, ale jest to niemożliwe. Namiętność, która ich spala i zabija, będzie trwała wiecznie.
Joseph Bédier, wybitny historyk literatury francuskiej, stworzył swoją opowieść z kilku dwunastowiecznych zapisów - dwóch autorów normandzkich: Beroulta i Thomasa, oraz jednego autora nieznanego. Ta wersja powstała w 1900 roku i charakteryzuje się ogromnymi walorami literackimi.

No i mamy pierwszą w tym roku recenzję lektury szkolnej. Właściwie to dobrze, że język polski (a właściwie polonista) zmusił mnie do przeczytania tej książki, bo upiłam ja prawie rok temu i nie mogłam się zmobilizować do przeczytania jej. Miałam ją przeczytać na ubiegły piątek (10.02.12), ale skończyłam dopiero dwa dni temu. Dlaczego nie porzuciłam czytania w połowie, skoro termin lektury minął? Z dwóch powodów: pierwszy to taki, że pewnie i tak musiałabym ją kiedyś przeczytać, a drugi to taki, że całkiem dobrze mi się czytało.
Język choć nie najłatwiejszy i mocno odbiegający od współczesnego języka da się strawić, ba, on nie stwarza nawet specjalnych trudności. To pewnie wynika z faktu, że powstało właściwie niedawno (no, plus-minus 100 lat temu). Ale oczywiście dużą zaletą, jest też przekład Tadeusza Żeleńskiego-Boya.
Historia sama w sobie, jest także ciekawa. Choć z początku idzie trochę opornie to po kilku stronach jest się wciągniętym. Może nie jakoś tak, że oderwać się nie można, ale coś w tej książce musi być, skoro dalej się ją czyta. Ciekawa opowieść o zakazanej miłości, której nie można się postawić. Trochę ckliwe, trochę dramatyczne, trochę emocjonalne. Czyli całkiem nieźle.
"Dzieje Tristana i Izoldy" przedstawiają miłość, jako uczucie silniejsze niż śmierć. Jest to uczucie, z którym bohaterowie chcą walczyć, ale ono jest silniejsze, ono rządzi nimi. Bohaterowie nie mają wyboru, jak tylko poddać się tej otępiającej wręcz miłości.
Ogólnie książkę Wam polecam. Nie jest zła, więc możecie sobie wypełnić nią czas ;)

*********
Musze Wam się pochwalić - wygrałam książkę w konkursie Wyd. Otwartego!!! Info o konkursie znalazłam u Mola Książkowego ;) Postanowiłam wziąć udział i wygrałam. Ale fajnie! Zdjęcie wygranej wrzucę następnym razem.

Ostatnio mam wybitny spadek formy. Nie mam weny na recenzowanie (albo bardzo malutką), na czytanie czasu albo siły. Szkoła mnie wykończy -.- Przepraszam, za 'kiepskość' recenzji.
Cóż, w wakacje sobie wszystko odbiję ;)

piątek, 27 stycznia 2012

[87] Lisa Hoodless & Charlene Lunnon "Uprowadzone"

Abducted
Hachette, 2010
Liczba stron: 286
Literatura angielska
9/10

W 1999 roku, w wieku dziesięciu lat, Charlene Lunnon i Lisa Hoodless zostały porwane w drodze do szkoły. Przez kilka dni były więzione w brudnym mieszkaniu komunalnym, torturowane i gwałcone. Niemal postradały życie. Ale zdarzył się cud. Dziewczynki zostały odnalezione, ich oprawca aresztowany i skazany, a sprawę udało się zamknąć. To jednak nie był koniec dla Charlene i Lisy. Przez kolejne kilka lat starały się pogrzebać bolesne wspomnienia i wrócić do normalnego życia. W ogniu heroicznej walki z własnymi demonami ich przyjaźń została wystawiona na próbę, której prawie nie podołała. Uprowadzone to opowiedziana przez nie historia tego, co przeżyły, jak udało im się przetrwać tę gehennę oraz skąd czerpały siłę, aby iść dalej i odbudować swoje życie.

Książkę pożyczyłam od mojej siostry. Kazała mi się dobrze zastanowić czy na pewno chcę przeczytać. Byłam zdecydowana, pytanie było niepotrzebne. Doskonale wiedziałam o czym traktuje ta powieść, nie sądziłam jednak, że będzie to tak niezwykłe i wzruszająco - przerażające spotkanie.
W książce na przemian wypowiada się Lisa i Char. To pozwala poznać nie tylko różny punkt widzenia tych dramatycznych zdarzeń, ale także uczucia bohaterek. Jest to tak dobrze ujęte i ubrane w słowa, że miałam wrażenie, że nie czytam książki a oglądam film. Przed mymi oczami mimo woli pojawiały się obrazy z powieści - porwanie, wpakowanie dziewczynek do bagażnika czy 'pobyt' na Beachy Head zwanym klifem samobójców. Jest to niewątpliwie wielka zaleta tej powieści, bo dzięki temu ksiązkę czyta się bardzo szybko i płynnie. Język jest prosty, ale idealnie 'wpasowuje' się w sytuację dziewczynek.
Historia Charlene i Lisy nie kończy się w momencie, gdy zostają odnalezione i zabrane do domu. Ich historia toczy się dalej. Widzimy łatwy - niełatwy powrót do szkoły, wizyty u psychologa, kontakty z rodzicami, wojnę między przyjaciółkami, pierwsze miłości. Odnowienie kontaktów nie będzie łatwe.
Chyba najgorsze jest to, że to najprawdziwsza historia napisana przez życie. Ludzie tacy jak oprawca Char i Lisy - Alan Hopkinson żyją, istnieją naprawdę i aż trudno w to uwierzyć. Te dwie niewinne istotki miały nieszczęście trafić na niego, a walka z tragicznymi wspomnieniami wymagała od nich ogromnego nakładu sił i samozaparcia.
Dla mnie książka jest dowodem tego, że po każdej burzy wychodzi słońce, które na niebie naszego życie tworzy upragnioną tęczę.
Książkę polecam wszystkim. Gwarantuję satysfakcję z dobrze wykorzystanego czasu. Bo choć temat powieści nie jest łatwy, prosty i przyjemny to książka porusza do głębi i dostarcza niesamowitych emocji.